Zaloguj

Zaloguj

pacers zach

Chicago Bulls po raz drugi w tym sezonie musieli odczuć przewagę Indiany Pacers i kolejny raz jej ulec. Bykom nie pomógł się zmobilizować nawet fakt, że w wyjściowej piątce gości nie wyszedł tej nocy Domantas Sabonis(uraz kolana) ani Malcolm Brogdon(plecy). Przyjezdni po raz pierwszy w sezonie zagrali ustawieniem z T.J.McConellem na rozegraniu. Kibice Bulls nie mogli liczyć na występ Wendella Cartera Jr., który doznał skręcenia kostki w meczu z Mavericks i zabraknie go przez 4-6 tygodni. Wszyscy byli ciekawi, gdy przed meczem padła informacja, że do S5 wejdzie młody debiutant, wybrany z 41 numerem Draftu – Daniel Gafford. Bez Sabonisa mieliśmy nawet na papierze szanse, by przejąć inicjatywę w pomalowanym.

Bulls zaczęli ten mecz dość agresywnie, piłka krążyła dynamicznie po obwodzie tak jakby chcieli tego wszyscy fani, szybkie prowadzenie 5-0 – trójka LaVine’a, wjazd pod obręcz Satoranskiego i to by było na tyle, bo Pacers prowadzili w dalszej części meczu i przejęli inicjatywę. Pierwsze 6 punktów dla gości zdobył Miles Turner, dla którego nie było różnicy kto go kryje. Czy był to od początku Lauri, czy później zmienił się z Gaffordem – hak, layup, wymuszenie wolnych – wszystko wychodziło. W Q1 zmarnował raptem 1 z 6 rzutów.

Gafford tymczasem od początku jakby lekko nie skupiony, może przejęty swoim debiutem. Na początek nie zdążył pomóc Lauriemu, po chwili nieco zgubił się w przejęciu krycia na zasłonie. Potrzebował po prostu czasu. W ataku widać było przewagę broniącego go Milesa Turnera i różnicę w zasięgu ramion. Pierwszy hak Daniela niecelny, po chwili strata piłki w ataku. Zapanowała lekka nerwowość. Pierwsze punkty młodego centra były z rzutów wolnych – jak się okazało, były to jego jedyne punkty. Byki również w Q1 bez większej walki na tablicach, smutno patrzeć jak Lauri przegrywa walkę o piłki nawet pod własnym koszem i to kosztem niższych od siebie graczy. Dość powiedzieć, że Bulls w Q1 przegrywali pomalowaną strefę w pewnym momencie nawet już 18-2, a na parkiet w połowie kwarty wbiegł Kornet, jakby miał w czymś pomóc. Turner nadal był skuteczny, punktując nas w strefie podkoszowej, nie było na niego odpowiedzi.

Byki w ataku odeszły z czasem od broniącego centra gości, by spróbować sił na dystansie. Trójki Markkanena, White’a i LaVine’a pozwoliły na chwilę się zbliżyć na jeden punkt. W końcówce mogliśmy zobaczyć nawet poirytowanego coacha Boylena – ruchoma zasłona weterana Theda Younga, który nie wiedział jak się ustawić do kozłującego Zacha. Wyglądało jakby mało trenowali zagrania tego typu.

W drugiej kwarcie nieco żywiołowości w nasze poczynania chciał wlać nam Coby White – autor 9 z 19 punktów całej drużyny w Q2. Rozpędzony wbijał się pod kosz, trafił jedną trójkę, zebrał dwie piłki i był dynamiczny, czym napędzał nieco grę gospodarzy. Z kolei po drugiej stronie punktował były gracz Bulls Doug McDermott – 8 punktów dla Pacers, który nie raz skorzystał z otwartej przestrzeni by dostać się pod obręcz. Nie udało się wykorzystać szansy odpoczynku Turnera. Gruzin Goga Bitadze całkiem nieźle go zastępował. Po powrocie Miles zanotował jeszcze dwa solidne bloki i niezwykle ciężko było więc trafić pod jego obecność w strefie pomalowanej. Przewaga Pacers wynosiła w pewnym momencie nawet 14 punktów. W końcówce Q2 mały pokaz dał LaVine. Postanowił rozprawić się nieco w pojedynkę i dzięki zdobytym 6 punktów z rzędu zmniejszył różnicę punktową. 26 z 46 punktów Byków  w pierwszej połowie zdobył duet Zach&Coby.

Po zmianie stron liczyliśmy, że coś się zmieni, że Byki się rozpędzą, w końcu zaskoczą. Prym nadal wiódł wspomniany wyżej duet, który miał monopol na zdobywanie punktów w Q3 – 23 punkty w tym 7 trafionych trójek (14 Zach, 9 Coby) z 26 całej ekipy. Bulls bardzo skuteczni w końcu z dystansu 8-15, czego nie można było powiedzieć o Pacers 1-6. W ogóle w pierwszej połowie Byki trafiły 40% rzutów zza łuku(6-15), a goście zaledwie nieco ponad 21%. W końcu udało się również wygrać trzecią kwartę, o której przed meczem mówili komentarzy. W ostatnich kilku spotkaniach trzecia odsłona zawsze była przez Chicago Bulls przegrywana. W międzyczasie mogliśmy oglądać kolejną odsłonę One Man Show wykonaniu LaVine’a. To właśnie on na przełomie 2 i 3 kwarty zdobył 20 kolejnych punktów dla Byków, trafiając trójkę za trójkę, niosąc team na barkach by zbliżyć się do drużyny przyjezdnych. Goście z kolei cały czas prowadzili za sprawą Turnera i Sampsona, którzy dominowali w pomalowanym. W pewnym momencie podkręcenia kostki doznał nawet Gafford. Na szczęście nie było to nic groźnego.

Kiedy Pacers znów odjechali, trzy trójki z rzędu zdobył Coby White i do spółki z Markkanenem na przełomie 3 minut z -14 doprowadzili na -2. Na więcej jednak Bulls w tym meczu nie było już stać.

W ostatniej kwarcie głównie wypunktowali Bulls rezerwowi Pacers. Z ich pierwszego składu zagrali raptem tylko Warren i Turner, którzy zdobyli 4 punkty, a rezerwowi 33 oczka(w tym bracia Holiday 20). Byków do gry próbowali poderwać LaVine(15 pkt w Q4) i Satoransky (9 pkt w Q4), ale to nie przyniosło efektów w postaci zbliżenia się na jedno posiadanie i nawiązania walki. Na 3 minuty było już tylko -4, ale na więcej Pacers nie pozwolili. Przewaga może nie była ogromna, maksymalnie 16 punktów, ale widać było, że gospodarze są już zmęczeni tym meczem, że nie mają siły na jakiś ostatni zryw i szaleńczy finisz, a może taki miał być plan?

PLUSY:

- Zach LaVine – 43 punkty, jako drugi po Benie Gordonie(2005-06) rozegrał kolejny mecz w sezonie z co najmniej 8 trafieniami z dystansu, dziś 4 trójki z rzędu, 20 punktów z rzędu dla Bulls, chęć na odrabianie punktów, motor napędowy zespołu. To on był główną iskrą odrabiania punktów w tym meczu, niesie na plecach ten zespół nie pierwszy raz, szkoda tylko, że pomimo poświęcenia nie udało się zwyciężyć.

- Coby White – 23 punkty –8/17 z gry 5/9 za trzy, to on w Q3 zmniejszył straty do 2 punktów, świetny na dystansie, szybki na koźle, dobrze się oglądało jego runy pod kosz, jest naprawdę dynamiczny i oby taki pozostał do końca sezonu. To jeden z pozytywnych aspektów tej drużyny.

- gra na dystansie – Bulls trafiali dziś z dystansu na blisko 44%(18-41), podczas gdy Pacers 36.7%, prym wiedli Zach i Coby autorzy 13 z 18 trafień zza łuku całego zespołu. Strzelecko nie można się dziś przyczepić do naszej gry na dystansie

MINUSY:

- punkty w pomalowanym – nokaut w wykonaniu Pacers, którzy wygrali w paint aż 70-36. Co tu dużo mówić to zasługa świetnej obrony gości w tym spotkaniu, którzy nie dopuszczali nas prędko do strefy podkoszowej.

- przegrana na tablicach (46-36, ofensywne zbiórki 8-6) – Bulls dopiero w Q4 zaliczyli 4 z 6 ofensywnych zbiórek, przez 3 pierwsze kwarty piłkę na atakowanej desce zebrali obrońcy – po jednej LaVine i Dunn i to o czymś świadczy. Dziś tablice zdominowane mimo, że po liczbie może tego nie widać. Myles Turner nie pozwolił na wiele, sam zebrał 14 piłek w tym 11 na swojej tablicy. Martwi postawa podkoszowych, Markkanen grał z podkręconą kostką, Young zebrał 9 piłek, Gafford tylko 2.

- Daniel Gafford – nie tak miał wyglądać jego debiut w S5. 2 pkt 2 zb 1 ast 1 stl, punkty zdobył tylko z rzutów wolnych. Ciężko było mu zebrać cokolwiek w ataku, zagrał ponad 27 minut, a dwie zbiórki pochodzą z bronionej tablicy. Może nieco przerósł go debiut w pierwszej piątce. Daniel świetnie wygląda, gdy podaje się mu piłki górą i kończy akcje wsadem, dziś nie miał takich możliwości ze względu na wysokich graczy Pacers. Zdominowany po obu stronach parkietu, ale jeśli wyciągnie z tego lekcję, to wróci silniejszy.

- asysty – Pacers wygrali w asystach 31 do 16 – niestety Byki grały dziś „samolubnie”, choć przez to nie odstawały aż tak od przyjezdnych, to wynik kreowania sporej ilości rzutów trzypunktowych i wykończania akcji LaVine’a i White’a.

Jacek

 

Dodaj komentarz

Kod antyspamowy
Odśwież