Zaloguj

Zaloguj

bill

Jakiś czas temu odezwał się do mnie Krzysiek, fan basketu podobnie jak my Wszyscy. Krzysiek miał okazję pisac dla jednego z portali koszykarskich a obecnie przeprowadza wywiady i publikuje je na swojej stronie. Wywiad z byłym graczem Byków - Billem Cartwrightem przetłumaczył i spytał o szansę udostępnienia :) Odpowiedź mogła być tylko jedna! Zapraszam z całego serca na długą rozmowę z trzykrotnym Mistrzem NBA jaką przeprowadził Krzysztof Janik !!!

Jak wspominasz lata młodości spędzone w Kalifornii? Czy miałeś wtedy koszykarskiego idola?

Dorastałem w latach 60. i 70., a wtedy grał tam dobry zespół, Lakers. Mieli w składzie Jerry’ego Westa, czy Wilta Chamberlaina. To był wówczas mój ulubiony zespół. Ale zawsze podziwiałem wysokich zawodników, bo sam byłem wysoki. Uwielbiałem Kareema, w tamtych czasach miałem jego plakat na ścianie.

Później trzykrotnie zostałeś zawodnikiem roku WCC, czego nie dokonał nikt inny w historii. Jak bardzo zbudowało to Twoją pewność siebie?

Miałem dużo szczęścia, ponieważ grałem z wieloma dobrymi zawodnikami, m.in. z Jamesem Hardy’m, Winfordem Boynesem, Marlonem Redmondem, Chubby’m Coxem. Każdy z nich zagrał później w NBA. Mieliśmy więc naprawdę mocny zespół. Na drugim roku przyciągnąłem uwagę, gdy nasza drużyna, Uniwersytetu San Francisco, była numerem jeden w kraju. Miałem możliwość bycia częścią świetnego zespołu i dobrego systemu; naszym trenerem był Bob Gaillard. Dobrze było być w sytuacji, która była dla mnie po prostu świetna.

W 1979 roku Knicks wybrali Cię z trzecim numerem w drafcie. Czy byłeś zaskoczony tak znaczącą rolą w zespole od pierwszego dnia?

Ponownie miałem sporo szczęścia, ponieważ nieszczęśliwie, nasz środkowy, Marvin Webster, był wtedy chory i nie mógł grać. Dzięki temu ja mogłem grać bardzo dużo, miałem drugą najwyższą średnią minut w całej lidze. Mieliśmy młody zespół i świetnego trenera, Reda Holzmana. Red trenował z Philem Jacksonem i stosował niektóre z jego technik. Byłem w sytuacji, w której mogłem bardzo dużo grać i uczyć się. Kiedy zacząłem grać w lidze, byłem dobrym zawodnikiem w ataku, ale niezbyt dobrym w obronie.

W debiutanckim sezonie zagrałeś w Meczu Gwiazd. Jak zapamiętałeś ten moment?

Tak jak wspomniałem, miałem okazję dużo grać, co pozwoliło mi pokazać swoje możliwości. To był mój pierwszy i jedyny udział w Meczu Gwiazd.

W kolejnych latach Knicks sprowadzili Dave’a DeBusschere i Hubie Browna. Czy sądziłeś, że to uczyni zespół mocniejszym?

Byliśmy mocniejsi, a wtedy ja doznałem kontuzji, a do tego kilku innych zawodników również walczyło z urazami. Zaczęło się naprawdę nieźle, ale skończyło niezbyt dobrze. Podczas mojego czasu spędzonego w Nowym Jorku mieliśmy wielu trenerów: był Red, Hubie Brown, Bob Hill i Rick Pitino. A więc w ciągu dziewięciu lat mieliśmy czterech różnych trenerów. Nie jest to zbyt stabilna sytuacja i nie jest to formuła na wygrywanie.

Miałeś możliwość gry z Bernardem Kingiem podczas jego najlepszych lat. Jak daleko mógł zajść, gdyby nie jego koszmarna kontuzja?

Bernard był świetny. Nauczyłem się bardzo dużo obserwując Bernarda, ponieważ był profesjonalistą, bardzo dbał o swoje ciało. Poświęcał bardzo dużo uwagi swojej diecie, jego przygotowanie do meczu było wzorowe, był niesamowicie skupiony, co pomagało skupić się innym. Granie z nim, a także możliwość obserwowania go były świetną lekcją.

W tym samym czasie zmagałeś się z kontuzją stopy. Czy bałeś się podobnego scenariusza, jak w przypadku Billa Waltona?

Bycie kontuzjowanym było bardzo frustrujące, ponieważ nigdy wcześniej nie byłem kontuzjowany. Nabawiłem się urazu podczas treningu latem, gdy nastąpiłem na kamień. Zamiast wziąć trochę wolnego, trenowałem i biegałem dalej. To przerodziło się w przewlekłe złamanie. Próbowałem z nim grać, ale nie dałem rady. Do następnego sezonu nie udało mi się tego wyleczyć i wtedy doszło do złamania. Straciłem więc półtora roku gry. Na szczęście miałem dużo wsparcia od rodziny, spędziłem sporo czasu na basenie i dzięki temu zdołałem wrócić do gry.

Po powrocie miałeś okazję grać z Patrickiem Ewingiem. Jak wspominasz ten okres?

Patrick był bardzo dobry. Pozyskaliśmy Patricka, ale też zawodników takich, jak Mark Jackson, czy Kenny Walker, który wygrał konkurs wsadów. Właśnie wtedy miałem okazję grać z Patrickiem, gdy naszym trenerem był Rick Pitino, a nasz system znów się zmienił. Granie z Patrickiem było świetne, natomiast osobiście byłem bardzo sfrustrowany, ponieważ nie dostawałem zbyt wielu minut na parkiecie.

W kolejnym sezonie zostałeś rezerwowym zawodnikiem, a później wymieniono Cię za Charles’a Oakley’a. Czy trudno było Ci się pogodzić z transferem?

Nie, ponieważ wiedziałem, że będę mógł grać więcej. To było wszystko, czego wtedy chciałem. Byłem wciąż młody, miałem 31 lat, więc byłem pewny swoich możliwości i nie przejmowałem się tym. Po pobycie w Nowym Jorku, skupieniu mediów i napięciu, które temu towarzyszyło, wiedziałem, że nic nie będzie mi przeszkadzać. Bycie wymienionym było dla mnie świetne – trafiłem do zespołu, który mnie chciał, który chciał korzystać z moich umiejętności, więc byłem bardzo zadowolony.

Wiele osób mówi o wywieraniu presji na kolegach z drużyny przez Michaela Jordana. Czy w Twoim przypadku tak to wyglądało?

Nie. W moim przypadku nie. Spędziłem dziewięć lat w Nowym Jorku. Nikt nie nałoży na ciebie większej presji niż granie w Nowym Jorku. Wszystkie te historie, o których możesz przeczytać, mówiące jak bardzo nieustępliwy Michael był dla kolegów – ja nigdy tego nie widziałem. Ale na pewno tworzy to świetną historię (śmiech)!

W kolejnych sezonach kilkukrotnie mierzyłeś się z Pistons w playoffs. Jak wielkim wyzwaniem była gra przeciwko „Bad Boys”?

Pistons byli po prostu dobrym zespołem. Wszyscy mówią o tym, jak świetnie grali w obronie, ale oni byli również dobrzy w ataku. Pokonanie ich zajęło nam kilka lat. Szczerze, byli po prostu lepsi od nas. Mieli więcej doświadczenia, mieli lepsze wsparcie z ławki. Muszę jednak oddać Pistons, że kiedy daliśmy radę ich pokonać, zdobyliśmy trzy mistrzostwa z rzędu. Była to więc świetna lekcja wytrzymałości, jak dokonywać postępu, podejmować wyzwanie. Zawdzięczamy im to, że dzięki nim, staliśmy się takim zespołem.

Kiedy w trakcie sezonu 1990-91 uwierzyłeś, że możecie zdobyć mistrzostwo NBA?

Mieliśmy wielką szansę, ponieważ graliśmy z Lakers, a właśnie pokonaliśmy Pistons, w dodatku wynikiem 4-0. To było kolejne wyzwanie i muszę tutaj pochwalić nasze zespół – graliśmy świetnie. Przegraliśmy pierwszy mecz w Chicago, wygraliśmy drugi, a potem pojechaliśmy do LA na kolejne trzy spotkania. Nasz sztab trenerski dokonał świetnych zmian w ustawieniach, zwłaszcza w kryciu. Dzięki temu zdobyliśmy nasze pierwsze mistrzostwo.

Które z trzech finałów NBA były według Ciebie najtrudniejsze?

Wszystkie były wielkim wyzwaniem, ale te, które najbardziej się pamięta, to pierwsze, przeciwko Lakers, ponieważ ten moment zmienił wszystko. Zdobycie mistrzostwa było wielkim celem, i zajęło mi to wiele lat, by dostać taką szansę jako zawodnik. Byłem więc bardzo szczęśliwy. Te finały były fundamentem pod budowę Bulls jako najlepszej drużyny lat 90. Wydaje mi się, że pierwsze finały były najważniejsze.

W 1994 roku mierzyłeś się z Knicks w Półfinale Konferencji. Jak blisko wygranej byliście?

Cóż, ten mecz był nasz. Cała seria kończyła się w siódmym meczu, który rozegraliśmy w Nowym Jorku, a o wyniku zadecydowało kilka akcji, które mogły dać nam awans do Finałów Konferencji i możliwość walki o mistrzostwo. To było oczywiście bez Michaela, który miał wtedy swoje sprawy na głowie. Ale nasz zespół grał bardzo twardo i bardzo dobrze reprezentowaliśmy miasto. To coś, z czego możemy być naprawdę dumni.

Po roku gry dla Sonics zakończyłeś karierę, a później dołączyłeś do sztabu Phila Jacksona. Czy Twoje podejście do jego metod szkoleniowych zmieniło się, gdy zostałeś jego asystentem?

Wcale nie miałem być trenerem. Jerry Krause mnie do tego namówił. Zawdzięczam mu bardzo wiele, po pierwsze, że sprowadził mnie do klubu, a po drugie, że uczynił ze mnie trenera, ponieważ miałem inne plany na przyszłość. A Phil był świetny, cała sytuacja była bardzo dobra. Świetne środowisko, ustalony system, zawodnicy wiedzieli co robić w ataku i obronie. Wszystko działało jak dobrze naoliwiona maszyna.

To było dla mnie świetną lekcją, ponieważ dowiedziałem się, jak mentalnie być trenerem. Ponieważ jest to czasochłonna praca. Musisz również rozumieć pewne podstawowe pytania – dlaczego robisz to, co robisz. Dla mnie było to świetne, trenowanie nabrało sensu, ponieważ bycie trenerem, jest jak bycie nauczycielem. Poza Philem pracowałem też z Jimmy’m Rodgersem, czy Frankiem Hamblenem. Ale najwięcej czasu spędziłem z Texem [Winterem]. Wiele mnie nauczył i bardzo doceniam czas, który z nim spędziłem.

Czy niektórzy zawodnicy Bulls prosili Cię o radę lub pomoc?

Głównie zajmowałem się pracą z wysokimi graczami. Każdy ma swoje własne przyzwyczajenia i rytuały. Najlepszym, co możesz dać zawodnikom, jest nie to, jak oni powinni się zachować, jak grać, czy jak znosić poszczególne sytuacje, ale jak mierzyć się z przeciwnikiem. To jest niesamowicie istotne. Znać swojego rywala, znać jego upodobania i przyzwyczajenia, sztab trenerski. Wykonaliśmy w tym kierunku fantastyczną pracę, także jeśli chodzi o wykorzystywanie przewagi na boisku, zwłaszcza przy przejściach w obronie. To po prostu mądre granie.

Jak wspominasz niesamowite występy Michaela Jordana, przede wszystkim w Finałach 1993, czy 1998 roku? Byłeś wówczas z nim na parkiecie lub obserwowałeś z bliska.

Michael był wyjątkowym zawodnikiem, miał wyjątkowy talent. Ale to, co uczyniło Michaela lepszym graczem i co uczyni każdego lepszym graczem, to nie jego umiejętności, ale jak jego umiejętności pozwalają innym grać lepiej. Kiedy stał się takim zawodnikiem, zostaliśmy zespołem na miarę mistrzostwa NBA. Zobaczymy, co stanie się w tym sezonie w Brooklynie z Hardenem. Jedną z powodów jego braku sukcesów jest to, że nie czynił nikogo lepszym. A to jest coś, co twój najlepszy zawodnik robi, czyni innych dookoła lepszymi, stawia ich w łatwych sytuacjach do zdobycia punktów. Kiedy Michael stał się kimś takim, wszystko stało się znacznie łatwiejsze.

W późniejszych latach zostałeś trenerem Bulls. Czy było to dla Ciebie trudniejsze niż bycie zawodnikiem?

Trenowanie jest bardzo męczące, ponieważ kiedy jesteś zawodnikiem, skupiasz się tylko na sobie. Kiedy trenujesz, przejmujesz się wszystkimi. To było wielkie wyzwanie, bardzo dobrze wspominam mój czas spędzony na stanowisku głównego trenera. Mieliśmy jednak najmłodszy zespół w lidze, a do tego mój szef, który mnie zatrudnił, Jerry Krause, stracił pracę. To oczywiście nie ułatwiło mi zadania, a niedługo potem i ja zostałem zwolniony.

W 2003 roku debiutant Jay Williams miał wypadek motocyklowy. Jaka była Twoja reakcja, gdy się o tym dowiedziałeś?

Tak jak wszyscy, byłem smutny. Chłopak popełnił straszny błąd, którym praktycznie zakończył swoją karierę. To coś, czego nie można już odzyskać; oczywiście nie chciał, by tak się stało. Ale trzeba było się z tym pogodzić.

Kilka miesięcy temu uruchomiłeś podcast, Bill Cartwright Show. Kto namówił Cię do spróbowania swoich sił?

Mój przyjaciel, Steve Cohen, męczył mnie od wielu miesięcy żebym zaczął nagrywać, a ja odmawiałem. Naprawdę z nudów postanowiłem to zrobić i okazało się to być świetną zabawą. Miałem możliwość rozmowy z wieloma byłymi kolegami, zarówno z NBA, jak i z uczelni. Zapewne będę to kontynuował, ponieważ świetnie się przy tym bawię, a do tego umożliwia mi to robienie czegoś, co bardzo lubię. To całkiem zabawne, ponieważ wydaje ci się, że znasz swoich kolegów, przyjaciół. Wtedy pytasz ich: „jak to się stało, że dołączyłeś do USF [University of San Francisco], lub do Knicks?”, ponieważ wydaje ci się, że znasz ich losy, ale potem okazuje się, że nie. Kiedy się dowiadujesz, zawsze pojawia się coś ciekawego. Właśnie ten aspekt, dowiadywanie się różnych informacji o ludziach, których znasz, jest świetny. To naprawdę świetny czas.

Dodaj komentarz

Kod antyspamowy
Odśwież