Zaloguj

Zaloguj

bulls suns

Przykro jest relacjonować takie mecze, kiedy drużyna przez trzy kwarty kontrolowała rywala i wyglądała jak zdecydowany faworyt do wygranej, po czym w ostatniej zapomniała, że przeciwnikowi trzeba rzucać punkty, a nie podawać piłki. Nie tracimy jednak nadziei po słabszym momencie, bo Byki to wciąż ekipa "fun to watch".

Chicago zaczyna serię spotkań z cięższymi rywalami, która ma ostatecznie określić, jak duży drużyna zrobiła progres i jak prawdziwą jaskółką przyszłych wydarzeń była ostatnia dobra seria. Pierwszym sprawdzianem był przyjazd do United Center drużyny Phoenix Suns. Bulls byli zdecydowanie zbyt gościnni dla przeciwnika i zaaplikowali im tylko 4 punkty w pierwsze 5 minut (pozwalając rywalom na 12). Dopiero rookie dał sygnał do poprawy ofensywy taką akcją:

Co ciekawe pierwszym wchodzącym z ławki wysokim był tej nocy Kornet, na szczęście szybko dołączył do niego Young, bo Luke grał na „swoim” poziomie.  Weterani nie zawiedli i wprowadzeni z ławki nadrobili słaby początek (11-20) i po pierwszej kwarcie był remis po 26. W pojedynku liderów minimalnie 10-8 prowadził Booker z LaVinem

Na początku drugiej kwarty Bulls wykorzystali wariant gry z centrum dowodzenia Thadeusem Youngiem – każda piłka w ataku przechodziła przez jego ręce, a on ją dystrybuował – m.in. tak:

Trzeba też wspomnieć dobrą postawę Satoransky’ego, który zaczął spotkanie od zdobycia 10 punktów (4/4 FG, 2/2 FT).  Dobre chwile miał też Coby White, który dynamicznymi wjazdami nakręcał run 9-0 gospodarzy.  

Chicago zanotowali regres skuteczności na początku drugiej kwarty, a dodatkowo pojawiły się przedziwne faule odgwizdywane na korzyść przyjezdnych, które pozwalały im nieco zmniejszyć starty. Zaliczyli run 13-2. Zatrzymał ich dopiero … Kornet – trzema trójkami z rzędu.

Warto dodać, że przed tym spotkaniem rezerwowy center Bulls notował 1/14 zza łuku.  Jego koledzy, nie trafiali aż tak dobrze, a poza tym wciąż nie stronili od gubienia piłek, dzięki czemu Suns udało się nieco zmniejszyć straty i przed ostatnią częścią Bulls prowadzili 81-74. W pojedynku liderów Brooker wyprzedził (21-20) LaVine’a.

Fatalnie Buls zaczęli ostatnią część i rywale po trzech minutach przegrywali jedynie dwoma punktami. Miejscowi przez ciągłe straty oddawali piłkę rywalom, którzy korzystali z tych okazji i  w połowie czwartej kwarty, to oni prowadzili 2 oczkami. Ciężko z perspektywy kibica mówić o tym, co działo się w tej części. Ta wyglądała jak sprzedane mecze polskiej ekstraklasy w latach 90’. Bulls albo sami oddawali piłkę w ręce rywali, albo robili to sędziowie, odgwizdując faule ofensywne, tudzież nie odgwizdując ich na graczach gospodarzy. Nie zmienia to faktu, że Byki przegrały na własne życzenie mecz, w którym prezentowali się lepiej przez trzy kwarty, a w czwartej Monstary z "Kosmicznego Meczu" odebrały im talent.

Plusy:

  • Mecz życia Korneta - 11 punktów (3/4 FG), 3 bloki, 5 zbiórek. 
  • Bardzo dobry White ... przez 3 kwarty.
  • Dobra gra ławki - wygrana z vis a vis 43 -31 w punktach.
 Minusy:
  • Straty, straty - aż 17 przy 2 rywali.
  • Na mecz 'nie dotarli' Williams i Carter.
  • Stratomania w czwartej kwarcie.

 

 

Dodaj komentarz

Kod antyspamowy
Odśwież