Zaloguj

Zaloguj

Er95IJhW4AgRTCj

Bulls nie mieli wyjścia i w spotkaniu z Mavericks musieli odkupić winy z blamażu, jakim było przegranie ‘wygranego’ pojedynku z drużyną z Oklahomy. I udało im się to. Nie był to spektakl liderów, a popis gry zespołowej i demonstracja siły ławki rezerwowych. Chicago odskoczyli na prowadzenie już w drugiej kwarcie i do końca meczu, tym razem, mądrze je kontrolowali. 

W przeciwieństwie do poprzedniego starcia tych ekip w Chicago, tym razem Mavs wybiegli na parkiet z Donciciem i Porzingisem w pierwszej piątce. Obecność Luki dało się łatwo odczuć, bo był autorem 8 z pierwszych 10 punktów jego drużyny. Chicago jego błyskotliwej grze przeciwstawiali dobrą postawę swojego frontcourtu. Lauri z Wendellem byli autorami pierwszych 11 z 13 punktów Byków.

Fajny moment zaliczył też Gafford, gdy chwilę po wejściu zablokował próbującego rzucać hakiem Marjanovica. To po akcji Daniela, Bulls wyszli na prowadzenie 20-19. 

W pierwszej kwarcie na boisku pojawił się też, niewidziany dawno, Ryan Arcidacono. Ostatecznie pierwszą kwartę goście z Wietrznego miasta kończyli prowadzeniem 27-23, a Gafford doliczył sobie jeszcze blok na Porzingisie.

Gospodarze mieli słabą skuteczność – 37%, a Bulls kompromitowali się na dystansie (1/9 za trzy w pierwszej kwarcie). 

Rezerwowi Bulls prezentowali się bardzo solidnie na początku drugiej kwarty i po tym jak wyprowadzili Chicago na dwucyfrowe prowadzenie, coach Mavs szybko przywrócił Luke i Porzingisa na parkiet. Trzeba bowiem przyznać, że drugi unit Byków mocno naciskał w obronie, wymuszając serię ze skutecznością 1/12 miejscowych i runem 19-4 gości. Z pierwszych 40 punktów Chicago w tym spotkaniu 22 było autorstwa wchodzących z ławki. Starterzy zaliczyli nie gorsze wejście w drugiej połowie Q2 i poza problemami z Donciciem, skutecznie ucinali działania ofensywne graczy rywali. Sami grali zespołowo i każdy poza zaangażowaniem z tyłu dokładał coś w ataku. Najdobitniej świadczy o tym fakt, że najlepiej punktującym, w połowie meczu, był rezerwowy – Garrett Temple z 17 punktami na koncie (7/9 FG). Ponadto aż sześciu graczy miało powyżej 6 punktów. W ekipie gospodarzy istniał tylko jeden gracz i potem długo nic. Luka przy rozegranych 20 minutach zaliczał 30 punktów, 7 zbiórek, 5 asyst i 2 przechwyty. To jednak Chicago Bulls prowadzili 65-52. Co ciekawe mimo aż 62 punktów, ofensywne duo LaVine & White dostarczyło tylko 6 z nich, nie trafiając ani razu (0/7 FG). 

Od przełamania nieskuteczności zaczął drugą połowę Zach, trafiając swój pierwszy rzut z gry. 

Bulls nadal opierali ofensywę na wspólnym drużynowym wysiłku, natomiast w ekipie z Dallas rządził i dzielił numer 77. Dość powiedzieć, że w połowie trzeciej kwarty miał już triple double. Z czasem zaczął wspierać go Porzingis i w 34 minucie meczu ta dwójka zaliczała 46 z 70 punktów drużyny.

Mimo to, Byki trzecią kwartę wygrali jednym punktem i przed ostatnią najważniejszą częścią, przed którą po ostatnich wydarzeniach drżeliśmy strasznie, prowadzili 89-75. 21 punktów i 8 zbiórek miał Lauri Markkanen.

Chicago całkiem solidnie rozpoczęli ostatnią odsłonę. Barierę 100 punktów przekroczyli na siedem minut przed końcem spotkania. Solidne minuty spędzali na boisku Temple i Young, wspierał ich dobrą grą Lauri, który barierę 20 punktów przekroczył w tym sezonie po raz trzeci (w jego 6 występach). Swoje dołożył też Porter – 6/6 FG w Q4. Do końca obawialiśmy się (kibice na czacie meczowym), czy Bykom nie zdarzy się jakaś fatalna seria, ale  Carlisle  ściągnął swoich liderów z boiska na dwie minuty przed końcem, przy prowadzeniu Bulls 113-98 i w końcu mogliśmy cieszyć się ze zwycięstwa ukochanej drużyny.

Plusy:

- Bench mob. Nie wiem, czy wszyscy pamiętają, że kiedyś ławka Bulls cieszyła się wielkim uznaniem i potrafiła dać mnóstwo pozytywów, wchodząc z ławki. W tym meczu miałem delikatne poczucie powrotu do tych czasów. 

- Garret Temple – Marcin Gortat miał rację. To jest mój top 3 udanych transferów Bulls w ostatnich 10 latach. Super występ po obu stronach parkietu – 21 punktów (9/15 FG).

- Powrót Ryana Arcidacono. Nie chodzi o statystyki, a o spokój i przewidywalność. Denzel ostatnim meczem sporo zrobił sobie złego PR-u. Ryan grał spokojniej i nie popełniał głupich błędów.

- Lauir Markkanen – mecz na poziomie tego, czego od Fina oczekujemy. Nie mógł się na początku wstrzelić, ale z każdą minutą wyglądało to coraz lepiej. Skończył z 29 punktami, 10 zbiórkami i 3 asystami.

Minusy:

- Coby White – nie zdobył punktu, spudłował 5 prób. Spędził na parkiecie 25 minut i jedynie jedno ‘nurkowanie’ po piłkę w obronie pamiętam z jego występu.

- Irytujące były zbiórki Doncicia po jego własnych rzutach. Ogólnie Chicago na za dużo pozwalali momentami na swojej desce – 12 zbiórek ofensywnych Mavs.

- Fatalne trójki – 7/25 (0/7 duetu LaVine/White). Szczęście, że rywale w tym elemencie też nie brylowali – 8/31 (26%).

 

Dodaj komentarz

Kod antyspamowy
Odśwież