Zaloguj

Zaloguj

bulls vs kings

W okrojonym składzie, na trudnej trasie po zachodnim wybrzeżu, grając dzień po dniu Bulls nie byli faworytem spotkania z Sacramento Kings. Pomimo tego do końca mogli to spotkanie wygrać, dzięki punktowemu rekordowi kariery Coby'ego White'a. Zabrakło szczęścia, ale mimo wszystko lepiej ogląda się takie spotkania 'na styku' niż blowouty z pierwszych meczów sezonu.

Bulls rozpoczęli spotkanie od dwóch trójek: Lavine’a i White’a. Obaj panowie zdobyli pierwsze 10 z 11 punktów swojej drużyny przed pierwszym timeoutem. Zach, podobnie jak w starciu z Mavericks, od pierwszych minut wziął na siebie rolę lidera w ofensywie i w siedem minut zdobył 8 oczek. Mieliśmy okazję zobaczyć też jeden z dziwniejszych gwizdków, a mianowicie ‘3 sekundy ‘ Younga. Rzecz rzadko zauważana przez sędziów, a w przypadku Thada można było mieć wątpliwości, czy on te trzy sekundy w pomalowanym faktycznie spędził. W końcówce kwarty małe show zrobił Denzel Valentine, gdy trzykrotnie trafiając, uzbierał 7 punktów. Niestety zawodnicy z Chicago pozwolili przeciwnikom na aż 6 zbiórek w ataku i przez to Kings mimo przeciętnej skuteczności (42%) prowadzili po 12 minutach 28-25. Warte odnotowania było 8 zbiórek Cartera juniora w pierwsze osiem minut spędzonych na boisku – to więcej niż miał w każdym z ostatnich czterech spotkań. 

Po tym jak 2 faule w 1Q złapał Gafford, Chicago na drugą ćwiartkę wyszli niskim składem z Youngiem na centrze. W międzyczasie kontuzji kolana doznał De’Aron Fox z Sacramento i nie wrócił już na parkiet. Bulls średnio radzili sobie w tym ustawieniu i zaczęli przegrywać nawet 10 punktami. Obwodowi obrońcy ekipy z Wind City nie mogli poradzić sobie z duetem Holmes/Barnes, który notował 6/6 w pierwszej połowie drugiej kwarty. W międzyczasie celną trójką Coby White zaliczył swój tysięczny punkt w NBA. Byki przegrywały nieco grę w pomalowanym, skąd przeciwnicy rzucili aż 32 z 62 punktów w pierwszej połowie. Dzięki jednak 33 punktom duetu LaVine/White przewaga gospodarzy nie była wysoka po pierwszej połowie (62-59). Coby w drugiej kwarcie trafił 5/5 z gry (2/2 za trzy) i zdobył 12 punktów w samej tej części. Goście przegrywali deskę 22-18 i zaliczyli aż 9 strat (przy 5 rywali). Niepokoiło 5 zgubionych posiadań przez LaVine'a.

Na drugą połowę w wyjściowej piątce Patricka Williamsa zastąpił Garrett Temple. Chociaż Chicago wyrównało na po 65, to potem fatalną postawą w defensywie i złą selekcją rzutową pozwolili przeciwnikom na run 10-3 (dwa razy zza łuku przymierzył Bagley, który nie wiedzieć czemu rozgrywał swój najlepszy mecz w sezonie z rekordem punktów i zbiórek). Drugim bohaterem gospodarzy był Holmes, który robił, co chciał w ataku i w połowie trzeciej kwarty miał już 20 punktów zdobyte ze 100% skutecznością (8/8 FG). Końcówka przejęta została jednak przez White’a i rezerwowych Bulls. Dobre wejście zaliczył Young, kiedy kolejne trzy posiadania Bulls zamienił na trafione layupy. Przebudził się niewidoczny wcześniej Williams i przed ostatnią częścią na tablicy wyników widniał remis po 93. 

Wymiana ognia rozpoczęła decydującą kwartę i drużyny wymieniały się celnymi rzutami. Widowisko okrasił faulem technicznym gracz Kings – Bjelica, kiedy leżąc, po nieudanym flopie (przy rzucie za trzy), złapał za nogę biegnącego do kontry Temple. Na niespełna trzy minuty przed końcem miejscowi uzyskali 6-punktowe prowadzenie.

Przede wszystkim za sprawą White’a Bulls zmniejszyli straty do jednego oczka, ale wówczas Hield trafił trójkę z faulem. Wcześniej ten gracz Kings trafił jedynie 2 z 14 prób w tym spotkaniu. Bulls jeszcze trafili swoje (Coby ustanawiając rekord punktowy kariery), ale bogowie koszykówki tego dnia wspierali ekipę z Sacramento i po nieprawdopodobnej trójce Haliburtona w ostatniej sekundzie akcji nadzieje Byków zostały pogrzebane mimo niezłej gry. 

Plusy:

- Przebudzenie Denzela – w końcu dobre spotkanie i sporo wniósł Valentine pozytywów: 10 punktów, 4 zbiórki, 5 asyst, 2 przechwyty.

- Coby White – kulał w defensywie, ale zaliczył właśnie trzeci mecz z rzędu z 20. i od drugiej kwarty punktował jak maszyna, ustanawiając rekord kariery – 36 punktów (15/23) i 7 asyst.

- Zach LaVine – wspólnie z Cobym tworzą masakryczny duet w ataku.

Minusy:

- Słaba gra obwodowych w obronie i sporo przestrzeni dla strzelców Kings

- Problemy z zastawianiem deski w pierwszej połowie.

- Słaba skuteczność wysokich w pomalowanym przez większość spotkania.

- Porter Jr – pudłuje, fauluje i cały czas jest zdziwiony. Byłoby fajnie, jakby zorientował się, że imprezy się skończyły i gra o kontrakt.

- Zach LaVine – jego głupi za szybki rzut w końcówce postawił Bulls w trudnej sytuacji, ponadto aż 6 strat nie pomagało w gonieniu wyniku. 

 

Dodaj komentarz

Kod antyspamowy
Odśwież