Zaloguj

Zaloguj

bulls kings

Ciężko komentować to co się w tym sezonie dzieje w naszych Bykach, oj ciężko. Oszczędzę zatem nam wszystkim dokładniejszej relacji z tego meczu a zaproszę was na kilka kapeluszowych o nim słów.

Gramy bez Lauriego, co w tym sezonie nie wydaje się tak wielką stratą. Owszem, cały czas liczyliśmy na powrót tegoż do formy ale ileż można. Siły  jakie możemy wystawić pod koszem w postaci Korneta i Felka robią co mogą i ile mogą, ale, że za wiele nie mogą więc wychodzi to jak wychodzi.

O tym meczu można powiedzieć też, że skończyliśmy go tak jak zaczęliśmy. Pierwsze punkty udało nam się zdobyć po czterech minutach gry a ja patrząc na naszą grę znów, jak w poprzednich sezonach miałem okazję po cichu liczyć na kwartę bez ani jednego punktu. Potrafiliśmy jednak podnieść się z kolan i uskuteczniać ciekawe runy w okolicach 10-0 co utrzymywało nas w grze. Gdy mocno zaczęliśmy trzecią kwartę odrabiając 10 punktów straty i wychodząc pierwszy raz na prowadzenie nawet zacząłem myśleć, że ten mecz uda się wygrać. O czwartej kwarcie napiszę tylko, że nie udało się, i to nie udało  w Byczym stylu. Swoje zrobił dziś LaVine, nieźle zagrał Hutch. Zabrakło jednak reszty. I można mówić o braku podstawowych zawodników ale nie oszukujmy się. Trzeba tu mówić raczej o braku zespołu. Widać wyraźnie, że eksperyment z graniem w NBA zespołem bez trenera nie przynosi efektów.

Z pomeczowych ciekawostek na wyszczególnienie zasługuje ta, że sejsmografy w okolicznych stanach kilka razy zanotowały poważne skoki a gdzieniegdzie zastanawiano się nad wydaniem alertów ostrzegawczych, jednak szybko okazało się, że to tylko Felek kilka razy z impetem upadł na parkiet.

Dodaj komentarz

Kod antyspamowy
Odśwież