Zaloguj

Zaloguj

bulls celtics

Blamaż, mecz oddany w drugiej kwarcie. Bulls nie byli faworytem, ale nie usprawiedliwia to faktu, że zagrali najgorsze spotkanie w tym sezonie. Kompletna bezradność Chicago wobec solidnej obrony gospodarzy to kolejna odpadająca noga spod fotela trenera, w którym, coś za wygodnie, rozsiadł się Fred Hoiberg. Nawet plaga kontuzji nie może bowiem tuszować faktu, że wobec słabszej dyspozycji rzutowej liderów drużyna z Wietrznego miasta nie miała w tym starciu pomysłu na grę.

Całkiem nieźle Bulls zaczęli spotkanie i prowadzili 7-2 po 120 sekundach gry. Super pokazywał się Parker, zaczynając od 3/3 z gry.

Proste błędy w ataku szybko jednak zabrały gościom z wietrznego miasta przewagę. Mimo że trafił dwie trójki, to strasznie nie podobał mi się na początku spotkania Justin Holiday. Nie istniał w obronie i miał kilka złych decyzji w ataku.

Swój 30 blok w sezonie w ten sposób zaliczył Carter.

 

Celtics wykorzystywali fakt, że Arcidacono nie ma szans bronić skutecznie przeciwko Irvingowi i PG gospodarzy w 8 minut zaliczył 4/5 z gry. W końcówce kwarty Hoiberg spróbował ustawienia z Blakeneyem na jedynce. Ciężko mieć jakieś wnioski. Po rewelacyjnej kwarcie w wykonaniu Jabariego Parkera – 14 punktów, 3 zbiórki – 6/9 FG (2/2 za trzy), goście prowadzili 24-19.

 

Miejscowi szybko odrobili straty z pierwszej kwarty, ale wciąż ich skuteczność nie należała do najwyższych. Zwłaszcza trójki lądowały najczęściej na przedniej części obręczy. Kiedy zaczęło im wpadać, Celtics zaliczyli run 15-4. Rezerwowi gospodarzy zrobili różnicę i wobec festiwalu przestrzelonych prób Bulls, wyszli na prowadzenie 42-30 w 20 minucie spotkania. Lavine i Carter Jr łącznie spudłowali 11 z 14 prób w tym czasie. Nie wiem, czy to tak dobra defensywa gospodarzy, czy ten kompletny brak zagrywek Byków (no, chyba że izolacje to cały playbook Hoiberga) sprawiły, że Byki przez całą kwartę zdobyły 11 punktów (5/21 FG w 2Q). W każdym razie w połowie meczu było 51 do 35 dla miejscowych. Chicago stracili 10 piłek, aż 7 z nich było autorstwa duetu LaVine - Parker.

 

Ze spuszczonymi głowami Bulls wyszli na drugą połowę i już na początku pozwolili Bostonowi na kolejny run, tym razem 11-0. Ciężko opisywać to, co się działo. Wynik w połowie kwarty 66-44. Dość powiedzieć, że najlepiej z graczy gości wyglądał Arcidiacono.

Najlepszy obraz tego jak Bulls wymiatali w ataku

Chicago jeszcze stać było na zryw w postaci runu 12-3, oczywiście z Hutchisonem na parkiecie. I tak przegrywali po 36 minutach 59-77. LaVine w tym meczu skupił się na kłótniach z sędziami.

 

Obraz gry nie odmienił się nagle w czwartej kwarcie. Szybkie 12-0 Celtów skutecznie zniechęciło młodych Byków od próby walki. W zasadzie dość szybko zaczął się ‘garbage time’, gdzie swoje umiejętności prezentowali gracze z dalszych pozycji rotacji. Na tle dalekich rezerwowych Bostonu całkiem nieźle wyglądał Felicio. Mówienie, że Bulls wyglądali źle to jak nic nie powiedzieć. Do końca spotkania oglądaliśmy szarpane akcje. Na 8 minut pojawił się Cameron Payne. Nawet raz ładnie trafił. Bulls po meczu typu blow-out ulegli na wyjeździe Bostonowi 111-82. Kolejne mecze wcale nie będą łatwiejsze, więc strach się bać, co będzie dalej, po takiej słabej grze.

 

Plusy:
- Może Jabari Parker za dobrą pierwszą kwartę, potem już nie było go widać na parkiecie.
- Arcidacono jako jedyny nie wygląda źle statystycznie po tym spotkaniu: 8 punktów, 8 (!) zbiórek, 3 asysty, 3/5 z gry i 2/4 zza łuku, tylko 1 strata.


Minusy:
- Zach LaVine – grał po prostu źle. Miał 10 punktów, czym przerwał serię 14 spotkań z rzędu z 20+ punktami. 27% skuteczności i 4 straty.
- Skuteczność – Byki nie potrafiły znaleźć drogi do kosza i zaliczyli fatalne 39% z gry i 30% za trzy.
- Masakryczne 22 straty Bulls, które zabijały wszelkie próby pogoni punktowej.
- Nieskuteczny z półdystansu Wendell, jeszcze gorszy Blakeney (3/10), RoLo nie nadaje się do współczesnej koszykówki.

Dodaj komentarz

Kod antyspamowy
Odśwież