Zaloguj

Zaloguj

bulls cavs

Cleveland Cavaliers po odejściu Jamesa i kontuzji Love'a to faworyt listy tankujących w tym sezonie. Z kim jak nie z takimi drużynami muszą wygrywać , przetrzebieni kontuzjami, Chicago Bulls. Nie obyło się bez problemów, ale ostatecznie to gospodarze z United Center dołożyli jeden punkt do liczby wygranych w sezonie 2018-2019.

 

Bulls na mecz z samym dołem tabeli - Cavs-sięgnęli głęboko w rotację, bo jako wyjściowy starter na boisko wybiegł Ryan Arcidiacono. W pojedynku taką drużyną to nawet to nie musiało być problemem. To właśnie gracz włoskiego pochodzenia uraczył nas skutecznymi wjazdami na początku spotkania.

A tak kontrę zakończył LaVine:

Kolejne jego 7 punktów dało Bulls prowadzenie 21-12 w połowie pierwszej odsłony.

Z każdym meczem coraz bardziej emanuje pewność siebie Wendella Cartera, którego bloki z pomocy są najlepszym, co Bulls oferują w obronie. Pierwszoroczniak w startowej kwarcie był bardzo widoczny po obu stronach parkietu.

Po niespodziewanej eksplozji ‘talentu’ Arcidiacono i dobrej kwarcie Zacha, Byki prowadziły aż 37-23, a wspomniana dwójka była autorami aż 21 oczek (10 Ryan, 11 Zach) z tej puli.

 

Szalona koszykówka na początku drugiej kwarty, polegająca na bieganiu tylko od kosza do kosza, więcej korzyści przyniosła przyjezdnym. Dzięki celnym trójkom minimalnie zmniejszyli wysokie prowadzenie Bulls. Smaczkiem był na pewno występ Nwaby, którego popisy jeszcze w zeszłym sezonie cieszyły się sporą popularnością u fanów z Chicago.

Dzięki indolencji rzutowej gospodarzy Cavs prowadzeni przez doświadczonego Korvera, krytego błędnie przez LaVine’a, zbliżyli się w dwudziestej minucie spotkania na odległość jednego posiadania. Rozgrywający Harrison nie robił przewagi na swojej pozycji, a i pozostali gracze obok braku solidności w obronie, prezentowali słabszą niż zwykle skuteczność i udało się im w 8 minut drugiej kwarty stracić całą 14 punktową przewagę. Na drugą połowę drużyny wychodził z remisem – po 53.

 

Nie przestawał zaskakiwać dobrą grą, także w drugiej połowie Arcidiacono, który mimo mizernych warunków fizycznych, bezpardonowo wbijał się w pomalowane rywali. Bulls nie oddawali niepotrzebnie rzutów za trzy, ale ich gra oparta była na dystrybucji piłki przez środkowego rookie, bądź wysoko granych pick and rolli. Mimo fajnych rozegrań brakowało momentami skuteczności spod obręczy.

Mniej widoczny LaVine czasami przypominał o sobie – między innymi takimi zagraniami:

Jego równa gra i kolejna trójka Arcidiacono, dała Bulls prowadzenie we własnej hali po trzech kwartach: 79-77.

 

W czwartej kwarcie na centrze zaliczył sporo minut Robin Lopez i niestety mimo nie robienie głupich błędów w obronie, widoczne są braki szybkości w jego grze i często na atakowanej stronie praktycznie bywał zbędny. Natomiast trudno jest mi nie lubić tego szaleństwa w grze Blakeneya, który ma praktycznie nieograniczony arsenał sposobów na zdobywanie punktów. To on i Hutchison (dwiema rękami dopisuje się do listy fanów jego talentu) ciągnęli grę na początku ostatniej ćwiartki.

Bulls nadal nie radzą sobie najlepiej z zastawianiem deski. Bywali wręcz bezradni momentami, gdy Thompson nabijał sobie kolejną zbiórkę w ataku. Na 2 minuty przed końcem gospodarze prowadzili 5 punktami, ale m.in. ewidentny, lecz nieodgwizdany faul na Arcidiacono dał Cavs szansę na trafienia i zmniejszenie strat. Na minutę przed ostatnim gwizdkiem było 99-98 dla gospodarzy. Wtedy, po złym podaniu LaVine’a Byki stracili łatwo posiadanie, oddając piłkę na ostatnie 16 sekund w ręce gości. Dobra obrona Ryana i kapitalny blok Jabariego Parkera w ostatniej sekundzie pozwoliły Chicago zachować to prowadzenie i utrzymać korzystny wynik.

 

Plusy:
- Wendell Carter Jr i jego długie ramiona to postrach w pomalowanym – kolejne 3 bloki i sympatyczne 5/6 z gry;
- Zach LaVine – nie specjalnie zwalnia tempo. Wyłączył się w środku spotkania, ale w kluczowych momentach nie zawodził.
- Arcidiacono – mecz życia mającego włoskie korzenie, wydawałoby się rezerwowego, PG. Odważnie wchodził pod kosz, nie robił dużych błędów w obronie i sypał trójki jak z automatu.

Minusy:
- Bardzo przeciętne rzuty wolne – tylko 67%.
- Holiday kolejny raz udowadnia, że pierwsza piątka to nie jego miejsce.
- Robin Lopez też pokazał, że niespecjalnie nadaje się do współczesnej koszykówki: 4 punkty i tylko jedna zbiórka w 22 minuty na parkiecie.
- Gorąca głowa i szalone rzuty Blakeneya to broń obosieczna, w tym meczu jego próby przyniosły więcej szkody niż pożytku.

 

Dodaj komentarz

Kod antyspamowy
Odśwież