Zaloguj

Zaloguj

RELACJA KAPELUSZ 1

Dziś gościliśmy w naszej hali cyrkowców... A nie, wróć... To jeszcze nie czas kiedy wynajmujemy UC cyrkowi, to tylko Curry i spółka. A to zawsze energetyzuje. Już chociaż by matchup Stephen przeciwko Cameronowi elektryzował publiczność licznie zgromadzoną w tej najpiękniejszej w świecie hali jak i przed różnego rodzaju teleodbiornikami. Na naszym czacie wszyscy zacierali już ręce na to widowisko. Zatem ruszamy.

Pierwsze sekundy gry były niesamowicie zacięte. Na tablicy wyników widniał remis który utrzymywał sie na niej przez okoli 15 s. Byki rozpoczęły mecz w ustawianiu: Payne, Lavine, Carter Jr., Holiday, Huthison. Pierwsze punkty udało się wyrwać już po 2 minutach gry. Za trzy trafił Holiday. Preludium do widowiska jakie nas czeka przedstawił Kura, który przebiegł się po boisku jak niczym zawodowiec, który przyjechał na spotkanie z dziećmi w podstawówce. Chwilę później było już niestety 15 do 5, że zacytuje Bryla, który kiedyś stwierdził, ze dzisiejsza koszykówka to "jeb jeb jeb i juz odskoczyli..." Nasza obrona niestety nie nadążała za cyborgami... Dodatkowo nie mógł wstrzelić się Lavine, który to jednak przy stanie 17 do 5 dał sygnał do odrabiania strat akcją 2+1.  CZy poderwiemy się do walki? Czy damy radę? takie myśli pojawiły się w głowach ludzi, którzy postanowili oglądać to widowisko na żywo.

Szybko pojawił sie na boisku Parker, który zaczął pilnować Duranta, swoje starał się robić Lavin który popisał się pięknym wsadem a zaraz potem dołożył trójeczkę. Chwilę potem mogliśmy podziwiać piękną choć trochę przypadkową obronę Payna pod naszym koszem i kontratak, po którym goście musieli się ratować faulem. Wyraźnie widać było dwie myśli trenerskie. U nas taktyka „na Lavina” troszkę nie przynosiła zamierzonych efektów. GSW przeprowadzało swoje ataki średnio w 5 sekund. Zauważył to jak widać Fred, który celem przyspieszenia gry wpuścił na boisko Felka, ten jednak niewiele mógł zdziałać. Dwoił sie i troił Payne, który popisał się kilkoma (dwa to przecież już kilka) niezłymi wejściami pod kosz.

Przed końcem pierwszej kwarty Klay miał tyle punktów co całe Chicago, niemniej po 11 minutach gry przegrywaliśmy tylko 10 punktami i w serca ludzi na czacie wlała sie nadzieja, że może nie odjadą nam na więcej. Niestety „jeb jeb jeb” i pierwsza kwarta zakończyła się wynikiem 44 – 28.

Drugą kwartę byki zaczęły nie mniej zmotywowane. Niestety gołym okiem było widać różnice pomiędzy poukładaną w każdym aspekcie grą gości a taktyką „każdy sobie rzepkę skrobie” jaką obrały na ten mecz Byki. Piątka z Felkiem, Holidayem i Arczibaldem nie była w stanie zatrzymać rozpędzonych GSW, którzy raz za razem dziurawili naszą siatkę. Wpadały im nawet sytuacyjne rzuty z 9 metrów w ostatniej sekundzie akcji. Całość pięknie zobrazował komentarz na naszym czacie „ bogatemu to diabeł dziecko kołysze”. Mocna, zespołowa obrona przyjezdnych zaprzeczyła trochę tezie, że w dzisiejszej NBA nie da się bronić. Jak widać, niektórzy to potrafią. W tej kwarcie nadszedł czas na zastosowanie tajnej broni Byków, niestety nawet Blackney nie był w stanie nic zdziałać przeciwko perfekcyjnie zgranemu zespołowi a ja zastanawiałem się czyim ja kibicem jestem. GSW grali prześliczną koszykówkę a Byki dostawały ogromny łomot. Zastanawialiśmy się wszyscy czy do przerwy władują nam 100 czy jednak nie. Działo się na boisku. Nie można tu nieodnotować, że na około 6 minut przed końcem tej kwarty GSW nie trafili rzutu za 3. Moje kapeluszowe serce radował jednak widok powstrzymywanego Duranta. Pierwsza odsłona zakończyła się wynikiem 92 do 50.

W trzeciej kwarcie GSW nie zwalniali tępa a u nas nic się nie zmieniało. Dalej byliśmy tylko zbieraniną przypadkowych chłopaków na lekcji wychowania fizycznego, którym nauczyciel rzucił piłkę mówiąc pograjcie sobie. Za komentarz do całości niech służy tutaj mina Pippena, który tylko kręcił głową. Goście odpalali kolejne rakiety w stronę kosza. KD trzasnął trójkę prawie z połowy co przypomniało mi się jedną z naszych ulubionych gier z dzieciństwa:

kapelusz hangtime

W 3 minucie tej kwarty pękła 100 a zaraz potem 13 trójkę w meczu trafił Klay. I tutaj zaczęła się już zabawa. Całe GSW robiło wszystko by Thompson ustanowił nowy rekord NBA i trafił 14 trójkę, w czym Byki kurtuazyjnie raczej im nie przeszkadzały. Całość dopełniła się chwilę potem i mogliśmy oglądać wielką radość rekordzisty i jego kompanów. My ze sewj strony próbowalismy kąsać rywala po kostkach niczym ratlerek atakujący zawodnika sumo. Coś tam próbował Lavine, który jednak zaraz opuścił boisko. GSW odpuścili i zagrali rezerwami, które to jednak robiły swoje, choć może trochę wolniej niż podstawowy skład. Po totalnym odpuszczeniu obrony przez gości udało się Bykom nawet poderwać do walki i wykonać run 6:0. Niezłe minuty dał niejaki Shaquille Harrison. Coś tam pokazał Wendell. Trzecia kwarta skończyła się wynikiem 125 do 89 i nawet byliśmy w tej kwarcie górą. Niech was jednak nie myli wynik. Praktycznie nie istnieliśmy w tym meczu a przed nami było jeszcze 12 minut gry.

Czwarta kwarta to już tylko trening rezerw GSW. U nas popunktował sobie trochę Parker niemniej bez obrony to nie był zbyt wielki wyczyn. Cały mecz zakończył się wynikiem 149 - 124. Wynik na papierze nie wygląda tragicznie jednak gdyby nasi goście nie zachowali się jak goście i zapragnęli nas pognębić jestem przekonany, że skończyło by się wynikiem powyżej 200 do poniżej 100.

Plusy:

 - przez 15 sekund remisowaliśmy w tym meczu

- postawa niejakiego Shaquilla Harrisona

- mogliśmy być świadkami ustanowienia rekordu trójek wrzuconych przez jednego zawodnika

- mogliśmy podziwiać grę GSW - obiektywnie trzeba stwierdzić: zarówno w ataku jak i w obronie są na niesamowitym poziomie

- nie straciliśmy 200 pkt

Minusy:

- nie straciliśmy 200 pkt ( jednak chciałbym to zobaczyć )

- kompletny brak trenera

- zero pomysłu na grę

- brak obrony

Pozwolę sobie jeszcze na taki prywatny komentarz. U przeciwnika widać, że każdy spędził mnóstwo czasu na treningu, widać poukładanie w grze, dopracowane do perfekcji zachowania w obronie, świetnie ułożony rzut nawet u głębokich rezerw. U nas chłopaki grają co podejdzie, bez pomysłu. A na treningach to ja nie wiem co oni robią ale raczej nie grają razem. A, i jeszcze jedno, jeśli zabrakło wam w tej relacji statystyk to odsyłam do tych wszystkich stron, z których recenzenci z prawdziwego zdarzenia w trakcie pracy nad recenzją korzystają.

 

Dodaj komentarz

Kod antyspamowy
Odśwież