bulls sixers

Bulls mają kaca po dwóch dogrywkach i przegranej z Pelicans. Wciąż bez Dunna udali się do Filadelfii, gdzie miejscowi Sixers rękami Embida, Simmonsa i spółki rozgromili ich. 

 Już pierwsze akcje pokazały, że pojedynek podkoszowych przyszłości (Embiid – Markkanen), będzie ozdobą spotkania. Lauri zaczął od zdobycia pierwszych 5 oczek dla gości. Joel nie był mu dłużny (choć krył go RoLo) i też trafił jump shoty – 6 oczek w pół kwarty. Center Sixers miał wsparcie w Simmonsie, który niewątpliwie zgarnie ROTY w tym roku i widać było potęgę jego talentu na boisku. Trafiał, wsadzał, podawał i zbierał, wykorzystując przewagę fizyczną nad kryjącymi go graczami Bulls. Podopieczni Hoiberga nie mogli znaleźć swojej skuteczności i przegrywali już 9 do 22 po dziewięciu minutach gry. Stać ich było ostatecznie na jeden z najgorszych występów ofensywnych w tym sezonie i po 12 minutach przegrywali 16 do 25. 7 punktów zdobył Markkanen.

Trochę lepiej grali w drugiej kwarcie rezerwowi. Niko dwa razy, z przerwą na pudło, zagrał dobrze tyłem do kosza, przepychając skutecznie niższych od siebie graczy. Znów w drugim ustawieniu to para rezerwowych wysokich brała na siebie ciężar zdobywania koszy. Portis miał ten dzień, gdy buzuje testosteronem. Sixers byli jednak solidni za łukiem, a Bulls bardzo nieregularni. Trójki gwarantowały gospodarzom utrzymywanie przewagi, Chicago nie mogli być tak bierni w obronie, jeśli myśleli o korzystnym rozstrzygnięciu. 76 zrobili run 14-2 w środku drugiej kwarty i znowu uciekli Bulls, Simmons miał już 8 asyst. Byki po słabiej pierwsze połowie przegrywały wyraźnie 41-55 i przerwa była szansą dla coacha Hoiberga, by wydobyć lepsze granie ze swoich zawodników.

Covington był zmorą Chicago z dystansu i dwa razy trafił z daleka na początku drugiej połowy. Byki kombinowali, bo zaczęli tę odsłonę z Nwabą na boisku i Zachem jako PG. 

Po 4 minutach nadal byli -16. Fatalnie i za dużo rzucali zza łuku – 2/22 (9%), z bliższa nie było lepiej (31%). W piątej minucie drugiej połowy Byki przegrywały 48-69. Simmons miał już triple double (14-14-11). W połowie kwarty seria nietrafionych kolejno rzutów z daleka przez Byki osiągnęła liczbę 15 pudeł. Wówczas Nwaba i Markkanen trafili dwie trójki kolejno po sobie. Krótkie to było ożywienie, bo gospodarze szybko utemperowali te zapędy. Po trzech kwartach Sixers zmierzali po zwycięstwo z zapasem 18 oczek (85 - 67).

Sixers znów trafiali od początku kolejnej kwarty i tylko fakt, że i Bulls się poprawili, sprawił, że przewaga nie wzrosła znacznie.

Swoje show zrobił też LaVine, gdy nie tylko trafił z dystansu, ale w swoim stylu pozbawił też złudzeń obronę przeciwnika wbijając się pod kosz. Sixers jednak nadal trafiali i w zasadzie nie było nawet okazji do zbytniego ożywienia na skutek wydarzeń boiskowych. Na ostatnie trzy minuty wszedł Felicio, a wcześniej pojawił się Arcidiacono, bo Grant został potraktowany łokciem przez Embida. Wynik nie przeszkadzał Portisowi, aby walczyć i zostawiać po sobie coraz lepsze wrażenie. My natomiast w garbage time mogliśmy zobaczyć już trochę zapomnianych Pondextera i ‘ulubionego’ Zipsera. Ostatecznie mecz zakończył się wynikiem 115-101.

 

Plusy:
- Nwaba. Jedyny koleś, który się starał każdą minutę spędzoną na parkiecie i jedyny obwodowy, który, chociaż przeszkadzał Simmonsowi w swobodnej grze.
- Portis grał z werwą i się starał. Dobry mecz w jego wykonaniu. 22 punkty, 11 zbiórek, 3 przechwyty.
- LaVine – jest naprawdę solidny za trzy (3/5) i jego wjazdy są nie do zatrzymania. Zwłaszcza zaimponował mi w czwartej kwarcie, gdy dał trochę energii. 21 punktów, 7 zbiórek, 3 asysty.


Minusy:
- Fatalna skuteczność i upór maniaka w szukaniu szczęścia z dystansu. 15 kolejnych pudeł w 2 i 3 kwarcie najlepiej podkreśla tę niemoc. Łącznie 30%, poprawione dzięki dobrej 4 kwarcie w tym elemencie.
- RoLo nie przyszedł na ten mecz – w 18 minut zdobył 2 punkty.
- Obrona, a raczej jej brak. Na dystansie Sixers rzucali przez większość czasu jak na rozgrzewce. Skończyli z 16/32 bez JJ Redicka.- Słabo zagrali jeszcze: Grant, Valentine (ale to standard), Arcidiacono i Felicio, który potrafił źle wyglądać przez 3 minuty na boisku.

Dodaj komentarz

Kod antyspamowy
Odśwież