Zaloguj

Zaloguj

pacers 07 01

Piękny grudzień 2017 może być naszym najlepszym wspomnieniem z tego sezonu i proponuje, tak trochę myśleć o tym. Bulls wracają na tory tankowania i tym razem oddali mecz Indianie już w drugiej kwarcie. Bardzo słaby mecz ekipy z 'Wietrznego miasta', który jednak zwiększa szansę na wyższy numerek w drafcie.

 

Na początku meczu, niecelnie rzucał na początku za trzy Holiday. Trafiali za to wszyscy inni i po 3 minutach meczu było po 12. Obrona zrobiła sobie wolne, a piłka co rusz lądowała w obręczy. Bulls zaczęli od 7/10 z gry – 3/3 miał Lopez. Wtedy Chicago postanowili oddawać piłki Oladipo i w trzech kolejnych akcjach praktycznie podawali piłki do rąk lidera Pacers. Miał on 5 przechwytów (wszystkie straty Chicago w tym czasie) w siedem minut meczu. Dopiero rezerwowi, a konkretnie Nikola rozruszali licznik punktów gości, który zatrzymał się na kilka minut na liczbie 19. Pomogła też słabsza skuteczność rezerwowych Indiany. Po 12 minutach było 31 do 26 dla Pacers. 9 punktów (4/5 FG), 5 przechwytów i 4 asysty miał Victor Oladipo, liderując w tym spotkaniu.

Drugi unit nie wzmocnił defensywny Byków i także w drugiej kwarcie była ona dziurawa jak sito. Nie mieli z nią problemu rezerwowi przeciwnika. A Chicago nie przestawali gubić posiadania i mieli 8 strat w 15 minut meczu. Po fatalnym początku i stracie aż 17 oczek do rywali. W piątej minucie 2 kwarty Hoiberg wymienił aż 4 graczy. Na niewiele się to zdało, bo Bulls kompletnie się pogubili i robili coraz to efektywniejsze straty. Inna sprawa, że sędziowanie ssało w tym spotkaniu i oglądanie tylu uchodzących na czysto ‘brudnych’ zagrywek Sabonisa, wkurzało bardziej. W drugiej kwarcie Chicago dostało dwa techniczne faule od sędziów za dyskusje z ławki, co pokazuje, że także zawodnicy czuli się z tym, co wyprawiali arbitrzy. Do tego grali piach i Chicago mieli jedynie 37 punktów w połowie meczu przy 64 rywali.

Chicago z szatni wyszli z nową energią i rozpoczęli drugą połowę 5-0. Szybko jednak Indiana odzyskała kontrolę. Muszę to napisać, bo było to uderzające: fatalnie w obronie grał Markkanen. Rywale uciekali mu, mijali go jak słupek, sprawiał wrażenie kompletnie pogubionego. Przewaga miejscowych szybko przekroczyła barierę 30 punktów i przy słabej dyspozycji Chicago widoczne było, że już w tym spotkaniu nic nie osiągną. Pojedyncze trójki, jakie wpadały Bykom, tylko podkreślały niemoc, jaka była w nich w tym meczu. Po trzech kwartach było 101-67 dla gospodarzy. Czekał nas 'garbage time'.

Indiana delikatnie zwolniła na początku ostatniej kwarty, bo w końcu kilka prób nie wpadło im do kosza. Nie przeszkadzało to notować im 59% skuteczności całej ekipy. W szóstej minucie Indiana prowadziła już 40 punktami. Zipser dając się oplakatować, tylko potwierdzał swoją beznadziejność, ale i cała ekipa nie potrafiła zacząć bronić, ani zbierać nawet w ostatnim momencie. Co ciekawe, beznadziejność sytuacji nie skłoniła Hoiberga, żeby dać kilka chwil poza D-League dla Felicio. Ostateczny wynik blamażu 86-125.

 

Plusy:

- Bobby Portis. Jemu zawsze się chce. 15 punktów, 4 zbiórki i 3 bloki - chociaż większość swoich minut zaliczył, gdy nie miał wpływu na wynik - to ambicją zawsze imponuje.

- Denzel Valentine - 13 punktów, 5 zbiórek, 2 przechwyty i blok. Grał równo bez fajerwerków. Trafił 3/4 zza łuku.

- Robin Lopez - 10 punktów (4/5 FG). Robił po prostu swoje.

- Dunn - 8 punktów, 8 asyst. Nie szalał, ale nie można powiedzieć, że grał źle.

Minusy:

- Obrona Byków nie istniała. Wielki minus dla Markkanena i Miroticia za niestabilne pozycje w obronie i notoryczne spóźnianie się do pomocy. Rywale trafiali 56% z gry.

- Fatalne zbieranie. Deska przegrana 35-49 i pozwolenie na 10 zbiórek w ataku przeciwników.

- Justin 'Cegła' Holiday - 2/14 z gry i 1/9 za trzy. Rzucał, rzucał, rzucał ...

- Straty - 16. W pierwszej kwarcie wyglądało to momentami jakby gracze Chicago specjalnie oddawali piłkę przeciwnikom.

Dodaj komentarz

Kod antyspamowy
Odśwież