bulls heat

Chicago zbierają kolejną serię porażek. Naprawdę na dobrej fali utrzymuje się Denzel Valentine, a widać też progres u Portisa. Tym razem, wchodzenie z ławki pomogło Grantowi, który uzbierał swój rekord kariery - 24 punkty. Bulls, dzięki tej porażce, umacniają się na pozycji lidera w wyścigu po największe szanse na numer jeden przyszłorocznego draftu. Przed nami jeszcze 65 okazji do rozczarowywania się tym sezonem.

 

Mecz o wczesnej 21.30 zgromadził rekordową ilość ludzi w tym sezonie na czacie. Jednak obie ekipy dość oszczędnie raczyły nas trafieniami na początku spotkania. W pierwsze 5 minut gry oglądaliśmy tylko 4 razy piłkę w koszu. Zacząłem się obawiać czy zawodnicy Chicago nie dostali czasem polecenia, żeby nie pudłować specjalnie. Fakt, że dobrze radzili sobie w obronie – szczególnie szacun dla RoLo za to, jaką pracę wykonywał kryjąć Whiteside'a. Po 8 minutach spotkania, sam Lauri miał niewiele mniej punktów (6) niż przyjezdni z Florydy (7). Kwarta zakończyła się wynikiem 13-7 dla Byków (tak, cała kwarta). Chicago trafili 4 z 24 rzutów, a Miami 2 z 19. Co ciekawe Byki lepiej rzucali z dystansu - 3/9 niż za dwa – 1/15.

Początek drugiej kwarty zwiastował, że drużyny wrócą do gry na poziomie, na jakim biorą pieniądze, bo obie ekipy rozpoczęły od 100% skuteczności. Dopiero Olynyk złamał serię siedmiu kolejnych celnych rzutów obu zespołów. W trzy minuty Miami potroiło swój dorobek z pierwszej części, by minutę później prowadzić 23-22. Dwóch zawodników nie miało w drugiej kwarcie problemów ze skutecznością: Valentine w Bulls i Ellington u rywali, który bombardował od początku tej części zza łuku.

Miami tym razem trafili 9/12 FG przez pierwsze 7 minut drugiej ćwiartki. Miejscowi nie byli aż tak efektywni, a w obliczu tego, że przeciwnicy już nie pudłowali wszystkiego, ich obrona wyglądał słabiej. Nie mniej jednak po wyrównanej kwarcie, gdzie w końcu piłka wpadała do kosza, Heat prowadzili jedynie 45-42. Po 8 oczek dla gospodarzy dali Valentine i Markkanen, dla gości 10 punktów (3/5 za trzy) trafił Ellington.

 

 

 Gracze Miami z większą energią, żeby nie powiedzieć, żarem, wybiegli szatni. To oni wyszli na kilka punktów przewagi. W Chicago więcej szukano teraz Lopeza, który jednak zatracił, gdzieś tę swoją stabilność i tylko spod samej ‘dziury’ punktował.

Feed Robin Lopez. pic.twitter.com/nfvbvHxJ0B

— Chicago Bulls (@chicagobulls) 26 listopada 2017

 

Tricky, tricky RoLo: pic.twitter.com/GY4cC71Z5x

— Chicago Bulls (@chicagobulls) 26 listopada 2017

W innej roli występował natomiast Lauri (szósty raz w karierze miał dwucyfrówkę w zbiórkach), który czyścił defensywną deskę Byków. A Denzel wyrównał swój rekord kariery, kiedy rozdał szóstą asystę. Bulls przez 9 minut kwarty gonili Miami i po trójce, nadspodziewanie dobrze grającego Granta, wyrównali na po 56. W końcówce zabrakło szczęścia i nie zabrakło głupich pomysłów, ale wynik 64-61 dla Miami zostawiał sprawę rozstrzygnięcia otwartą. 7 ze swoich 9 punktów w trzeciej części rzucił Grant.

 

Znów lepiej zaczęli po przerwie goście. Byki do pogoni punktowej wykorzystywali dobrze dysponowanego Valentine’a, a swoje też dodawał waleczny Portis. Mieli też takie dziury, których ślepy Hoiberg nie widział, a którą był Zipser. W obronie James Johnson robił z nim, co chciał, a on wciąż pozostawał na parkiecie. W końcówce to właśnie SF Heat wraz z Dragiciem zaczynali pogrążać Chicago. 18 z 24 punktów w 8 minut, czwartej kwarty Bulls były autorstwa tego duetu. Grant, po tym, jak grał całkiem nieźle przez trzecią kwartę i połowę czwartej, w końcówce wrócił do swojego poziomu i bałem się patrzeć, kiedy to on kozłował piłkę. Miami zrobiło sobie 8 punktów przewagi na dwie minuty przed końcem. Chicago wtedy odetchnęli wtedy z ulgą, spuścili głowy i potulnie oddali mecz.

 

Plusy:
- Valentine – grał naprawdę dobrze i sporo trafiał (4/6 za trzy). Ustanowił też rekordy kariery w zbiórkach (13) i asystach (7).

Zagrał super, poza tym:


- Grant – grał momentami dobrze, na pewno lepiej od Dunna. Miał 24 punkty (rekord kariery) i 3 asysty, ale w końcówce zrobił głupie straty.
- Całkiem solidny duet Portis-Markkanen – obaj trafili po 11 punktów i nie mogę się jakoś bardzo do nich przyczepić.


Minusy:
Zipser – jego powrót do gry to jakieś nieporozumienie. Był taką dziurą w obronie, jakiej się nawet po nim nie spodziewałem. Momentami nie wiedział, gdzie ma stać w ataku.
Dunn – nie trafił nawet sam na sam z koszem. 0/6 FG i 3 TO.
Blakeney też tym razem nie zaszalał – miał 1/7 FG, ale mam wrażenie, że jest trochę za duża presja, że musi sobie sam kreować akcję i trafiać.

Dodaj komentarz

Kod antyspamowy
Odśwież