bulls suns

Bulls i Suns mają podobne cele w tym sezonie. Oba miały też problem ze swoimi czołowymi graczami (Bledsoe, Mirotic) i obecnie opierają swoją grę na młodych zawodnikach (średnie wiekowe w top 5 najmłodszych ligi). Pojedynek pokazał, jak wielki potencjał drzemie w Markkanenie, ale i to, co wyprawia Dunn, staje się coraz przyjemniejsze do oglądania.

 Robin Lopez gdzieś zatracił tę swoją skuteczność z dalekiego półdystansu z pierwszych meczów sezonu i mecz z Suns zaczął od przestrzelonego rzutu. Od początku to Markkanen pokazywał, że to będzie jego mecz, będąc autorem pierwszych 5 oczek.

Niestety znów kulała defensywa. Grant bywa kosmicznie słabym obrońcom, nie tylko nie przebija się kompletnie przez zasłony, ale też daje się łatwo zgubić na pierwszym kroku. Suns w pierwsze 6 minut trafiali na 73% skuteczności. Bulls mieli za to aktywnego na deskach RoLo

i Lauriego, który trafiał nawet takie rzuty (ten z obrotu):

To właśnie wysiłki RoLO – 10 punktów i 5 zbiórek w 10 minut kwarty - wyprowadziły Chicago na chwilę na prowadzenie. Dobrze zagrał też Blakeney, który bardzo dobrze wykorzystuje otrzymywane od trenera minuty. Chicago dzięki dobrej grze rezerwowych wygrali pierwsze 12 minut: 37-30.

Wychodzący z uśmiechem na ustach na drugą kwartach, gracze Bulls szybko stracili całą przewagę, kiedy pozwolili przeciwnikom na run 7-0 w pierwsze trzy minuty drugiej kwarty. Dopiero dobitka Felicio wpadła do kosza. Przez większość kwarty wynik był na styku i nadal nie lepiej (niż rezerwowi) radzili sobie chicagowscy starterzy. Grant często się gubił, a Valentine czy Holiday mieli na koncie jedynie pojedyncze udane akcje. Denzel zaliczył też tytuł na najgłupsze rozwiązanie akcji sezonu: w sytuacji, gdy Bulls szli w kontrze 4-2 ten zdecydował rzucać za trzy i nie trafił w ten sposób, że piłkę zebrał ten jeden zawodnik rywala, który stał pod koszem. Takie błędy dały przeciwnikom szanse na run 10-0. Byki mieli jednak w swoich szeregach Markkanena, który zdobył w pierwszej połowie 16 punktów (6/9 FG).

Goście przegrali te 24 minuty 56 do 61.

 

Siatkarskim odbiciem piłki / asystą do Valentine’a Holiday rozpoczął drugą połowę meczu. Trójką za to zaczął Lauri, który w tym meczu tylko potwierdzał na każdy kroku swoje aspiracje do nagrody ROTY w tym sezonie. Jego koledzy jednak nie dorównywali do jego poziomu. Chociaż kapitalnie rozgościł się w prawym rogu boiska Holiday, to chociaż samotnie strzelał z tego kornera, to zdarzało mu się paskudnie pudłować. Atomowym wsadem w 4 minucie rozbudził publikę Kris Dunn.

W połowie kwarty Lopez starł się słownie z Warrenem, po tym, jak zawodnik gospodarzy bezpardonowo i specjalnie przewrócił centra Byków. Wcześniej Lopez uderzył go w twarz przy walce o zbiórkę, chociaż nie wyglądało to na specjalne zagranie. Decyzja arbitrów – absurdalna - obustronne faule techniczne.

Nie wiem, czy ta sytuacja wywołała dodatkowe siły w Dunnie, ale PG Bulls po tym wydarzeniu grał jak z nut.

Wyprowadził Bulls też na minimalne prowadzenie. W końcówce jednak ci zgubili skuteczność i Suns przed ostatnią częścią prowadzili 85-84.

Wymiana ciosów rozpoczęła ostatnią część meczu. W kolejnym spotkaniu dopiero w tej części uaktywnił się Portis, kiedy trafił trójkę. To jednak graczom z Phoenix szybciej włączył się wyższy bieg. Szybko odskoczyli na 7 punktową przewagę, a ekipa z Wietrznego miasta zgubiła pomysł na grę zespołową. Usilne szukanie trójek czy izolacji to nie jest sposób, który zwiększa szansę na sukces w takich momentach. Suns mieli też sporo szczęścia w przypadkowych sytuacjach i odskoczyli na 11 punktów przewagi, kiedy zostało jedynie trzy minuty do końca spotkania.

Trójki Valentine’a i Markkanena dały jeszcze nadzieję Bykom – 90 sekund do końca, było – 5. W końcówce Bulls próbowali jeszcze założyć przeciwnikom pułapkę przy kryciu na całym boisku. Nic z tego. Brak planu w kluczowym momencie pozbawił ich zwycięstwa, w tym spotkaniu, gdzie toczyli wyrównany pojedynek przez 3 kwarty.

 

Plusy:

- Lauri Markkanen - najlepszy mecz w sezonie rookie Chicago. Miał 26 punktów, 13 zbiórek i 2 asysty.

- Dunn - jego gra wygląda super. Wjazdy coraz groźniejsze (17 punktów), przechwyty (2) stają się jego domeną, a asysty (6) powodują, że przeciwnicy mają problemy z pomaganiem sobie, gdy ich mija.

- Walczący RoLo - 6/11 FG i aż 6 z 10 zbiórek wywalczył na desce przeciwnika. Niby najstarszy, ale na boisku zostawia najwięcej serca.

- Jestem coraz większym fanem Blakeneya, który dostaje coraz więcej szans i moim zdaniem nie najgorzej wygląda też w defensywie.

 

Minusy:

- Fatalny, który to już raz, Grant - miał współczynnik plus/minus na poziomie -15. Trafił 1 z 5 rzutów. Liczę, że wyleci z pierwszego unitu.

- Obrona. Tylko jeden blok Byków i zostawienie takim gwiazdom jak Warren (27 pt) sporo miejsca w 'trumnie', skąd Suns wypracowali sobie przewagę.

Dodaj komentarz

Kod antyspamowy
Odśwież