bulls hornets

Coach Hoiberg stopniowo wraca do metod znanych nam z poprzedniego sezonu, gdy nikt nie mógł być pewny rotacji lub bycia poza nią. W każdym meczu zaskakiwał składem i nigdy nie wiedzieliśmy jak będzie wyglądać pierwsza piątka. O ile w zeszłym sezonie było to zdecydowanie błędem, to w obecnym okresie wydaje się jak najbardziej słusznym posunięciem i coraz lepsza gra kilku graczy pokazuje, że może być jedną (o ile nie jedyną) z zalet polityki kadrowej trenera Freda.

 Valentine w pierwszej piątce to kolejny krok ku temu by w końcu w s5 grali ci zawodnicy, którzy powinni. To właśnie Denzel otwarł wynik spotkania.

Kiedy Hornets wyszli na prowadzenie 11-6, to nowy startowy SF (?) Byków trafił trójkę wyprowadzającą Bulls na prowadzenie. To on i wracający po urazie Holiday byli liderami w ofensywie gospodarzy w tej części.

W kolejnych minutach do gry wchodzili: Dunn, Blakeney, Portis i Felicio. Powoli obecna rotacja jest bliżej takiej, jakiej oczekiwałbym po tym składzie i umiejętnościach prezentowanych przez poszczególnych zawodników. Kemba Walker zapewnił w końcówce kwarty swojej ekipie wygraną w tej części 27-26, ale grę młodych Byczków trzeba ocenić jak najbardziej na plus. Wyglądało to fajnie dla oka i zmiany nie obniżyły jakości gry drużyny.

Kris Dunn dwukrotnie przechwycił piłkę na początku drugiej kwarty, dwukrotnie punktując.

Chwilę potem zszedł z parkietu, być może po to, by uspokoić emocje, bo od początku był nader aktywny w kryciu swojego vis a vis. Bez niego Chicago radzili sobie raczej kiepsko i przewaga Hornets urosła do 11 punktów w piątej minucie drugiej kwarty. Wracający starterzy zrobili run 11-0 (5 punktów Markkanena) i dwie minuty później przewagi Szerszeni nie było. Bulls z Lopezem i Laurim na boisku nawet coś bronili i poza Kembą Walkerem, gracze Hornets mieli trudności w zdobywaniu punktów.

Ciekawostką było to, jak często Hoiberg rotował zmianami pary Dunn-Grant. Obaj panowie wchodzi i schodzili z parkietu, co trzy minuty. Dobrze grał chicagowski Fin – który w tej części zdobył 11 punktów. W połowie meczu był remis – po 60.

 

Momentami nadwyraz skrupulatni sędziowie odebrali Bykom kilka szans, by zapunktować coś na początku drugiej połowy (kroki Justina, faule ofensywne RoLo). Bykom nie udało się zdobyć w tej części punktów przez cztery minuty, dopóki ze swojej klepki (prawy róg) nie przymierzył z dystansu Holiday. Kontrowersyjne decyzje dość mocno rozsierdziły Robina, który mocno komentował je, zmierzając na ławkę rezerwowych.

Tej nocy Chicago mogli liczyć na Valentine i także w trzeciej kwarcie jego niesamowicie szybki rzut zaskakiwał przeciwników. To w zasadzie dzięki dobrej skuteczności za trzy i całkiem efektywnej dystrybucji piłki po obwodzie, gospodarze trzymali się punktowo blisko Howarda, bezlitosnego w pomalowanym, i spółki. W końcówce trzeciej ćwiartki stery przejął Kemba Walker i za sprawą jego trójek goście odskoczyli. Przed decydującą odsłoną prowadzili 92-83. Mecz radosnej ofensywy i wysokiej skuteczności nie zapowiadał happy endu dla gospodarzy.

 

Dopiero w czwartej kwarcie obudził się Bobby Portis, który zaczął tę część od dwóch celnych rzutów z dystansu.

Co ciekawe na dobre w drugim unicie zadomowił się Pondexter, który może nie gra jakiejś efektownej koszykówki, ale jest niezwykle solidny i mam wrażenie, że wzorowo trzyma dyscyplinę taktyczną. Po tym, jak odgwizdano mu niesłuszny faul przy czystym jak łza bloku na Zellerze, Quincy dostał jeszcze technika, bo przebiegł się po linii z koszulką w zębach. Nawet trener Byków interweniował.

Tymczasem na wyższe obroty wszedł Dunn, bo nie tylko pracował jak pszczółka w obronie, szukając przechwytu, ale i trafiał – 9 punktów w pierwsze 6 minut czwartej kwarty.

Cichym bohaterem był Felicio, który nie dał się naruszyć w obronie nawet niższym guardom i siał postrach w pomalowanym. Na 7 minut przed końcem był remis po 98 i mecz zaczął się na nowo. Kolejne minuty to pojedynek niesamowitego tej nocy Kemby Walkera, z dobrze grającą ekipą Bulls. Gospodarze mieli sporo bohaterów tej nocy, bo każdy z młodych prospektów miał swój moment w tym meczu.

Hoiberg na końcówkę meczu postanowił skorzystać z dobrze znanej taktyki – faulowania Howarda, który nie zawodził i przeciętnie wykorzystywał wolne. O mały włos, a Bulls jeszcze wtopiliby ten mecz, ale przy stanie 121-120 dla miejscowych Kemba nie trafił layupa, dzięki dobrej postawie Lauriego w obronie.

United Center mogło w końcu cieszyć się z wygranej.

 

Plusy:

- Holiday - nie wiem, kiedy ten gracz zrobił taki progres. Mega solidny (10/15 FG) i aktywny. Ciężko nie zauważyć jego obecności na boisku.

- Valentine - w pierwszej piątce czuje się jak ryba w wodzie. Miał 4/7 za trzy. Rzucał rozsądniej niż zwykle i pamiętał, aby szukać też kolegów - 6 asyst.

- Bardzo dobra skuteczność całego zespołu - 52% z gry, 50% (17 trójek) za trzy i 12/13 FT.

- Felicio - zagrał 20 minut i był naprawdę solidny - 9 punktów, 3 zbiórki, asysta, blok i przechwyt.

- Dunn - dawanie mu minut procentuje. Kris pracuje za dwóch, ma super szybkie ręce i coraz lepiej rzuca. 22 punkty - 10/16 FG, 5 zbiórek, 7 asyst i (policzone) 3 przechwyty.

Minusy:

- Robin Lopez strasznie męczył się w tym spotkaniu. Brakowało mu skuteczności z półdystansu.

- Nie mam jakichś wielkich uczuć co do Zipsera, ale nie rozumiem, czemu nagle wyleciał z rotacji.

- Brak obrony, granie zrywami. Bulls nie potrafili utrzymać tego samego poziomu intensywności defensywy dłużej niż kilka pojedynczych akcji.

- Nie lubię jak sędziowie zwracają na siebie zbytnio uwagę. W tym meczu robili to nader często, a niektóre reakcje zawodników Bulls pokazywały, że nie

Dodaj komentarz

Kod antyspamowy
Odśwież