bulls thunder

Do listy nieobecnych w meczu z Thunder dołączył Holiday, wrócił natomiast Markkanen. Chociaż można było odnieść wrażenie, że Bulls grali pierwszą kwartę jakby w mniejszym składzie osobowym. Po tym, jak szybko pozwolili przeciwnikom zrobić przewagę, później kontrolowali stratę, by ostatecznie przegrać, w zasadzie dużo lepszym wynikiem niż można to wywnioskować z przebiegu gry. 

 

Gwiazdy Thunder bez litości rzuciły się na Bulls od początku spotkania. Zwłaszcza pokazali siłę swojej defensywy. Goście przez pierwsze 6 minut zdobyli jedynie 3 punkty. Chicago zaczęli od 2/13 z gry i 5 strat. Pudłowali nawet z otwartych pozycji. Brawo kolejny rozgrywający bez rzutu – Kris Dunn. Hoiberg na fatalny stan rzeczy, postanowił dać szansę tak genialnie skutecznemu w D-Leagu Blakeneyowi. Gra nie przypominała koszykówki. Rozumiem tankowanie, ale jeszcze nigdy nie było mi tak wstyd za Byki, jak w tej kwarcie. Po 12 minutach, goście udający zawodników NBA, przegrywali ze zrelaksowanymi Thunder 7 do 27.

W pierwsze 90 sekund drugiej kwarty Denzel dwukrotnie trafiając, wyrównał wynik całej drużyny w ilość celnych FG z pierwszej. Bulls nadal wyglądali jak nieporadne dzieci we mgle, a całości obrazu dopełniał pudłujący na potęgę Portis. Jedynym pozytywem był właśnie Valentine, który zdobył w tej kwarcie 8 oczek, dwukrotnie trafiając za trzy. Ciekawa statystyka z połowy drugiej kwarty:

"Valentine and Markkanen are 6/8 from the field. The rest of the team is 1/15."

Dawkę irytacji wspomagali gospodarskim podejściem arbitrzy. I ten pojedynek z każdej minuty stawał się niemożliwym do oglądania. W drugiej kwarcie lepiej wszedł do gry Blakeney, bo niemal natychmiast trafił za trzy. Na początku kwarty – George, a na końcu Westbrook (17 punktów w drugiej połowie kwarty) w pojedynkę radzili sobie z Bullsami. Chicago zaliczyło ‘imponujące’ 34 punkty w pierwszej połowie i przegrywali ‘tylko’ 24 punktami.

 

Drugą połowę Bulls zaczęli 5-0. Później wrócili do meczowej normy. Po stronie Chicago tylko dwóch zawodników zasługiwało na uwagę: Valentine i Markkanen. Dunn pudłował i grał bardzo słabo, nie schodząc z parkietu. Markkanen zelektryzował mnie atomowym wsadem z jednej ręki, a Denzelowi w końcu wpadało i był najlepszym strzelcem Byków z 3 na 4 zza łuku. Ta para pozwalała gościom z Wind City grać w miarę wyrównaną kwartę z gwiazdorskim trio rywali. Niestety bez nich Byki nie mieli kompletnie pomysłów, jak zdobywać punkty, a robili to sporadycznie. Myśl szkoleniowa Hoiberga to nowy oksymoron w moim słowniku. Byki przegrywały przed ostatnią kwartą 56-77, po pierwszej przyzwoitej (wygranej) w ich wykonaniu.

 

Od trójki ostatnią część zaczął Blakeney. Drugi unit Thunder prowadzony przez George nie był zbyt skuteczny. Natomiast rezerwowi Byków już bardziej, zwłaszcza w zasadzie debiutujący dłużej na parkietach NBA Antonio. Gospodarze zdobyli jedynie 4 punkty w pierwsze 5 minut kwarty. W połowie kwarty nawet Dunn trafił za trzy – jego jedyny celny rzut (1/11 FG PG-ka Bulls). Powrót gwiazd OKC spowodował też, że wróciło 20 punktów przewagi. Na cztery minuty do końca OKC prowadziło 90-68. Od tego momentu Bulls, po 44-minutowej rozgrzewce, w końcu zagrali dobrze. Inny fakt, że na parkiecie nie było już nikogo z Big Three. Wygrali tę część 11-2 i chociaż trochę zatarli złe wrażenie z pierwszej kwarty.

 

Plusy:

- Markkanen jest nie tylko dobry, ale i najstabilniejszy w swojej grze. 16 punktów (3/6 za trzy), 6 zbiórek i blok. Regularnie utrzymuje się w top3 do Rookie of the Year.

- Valentine. Kiedy trafia, jego pewność siebie jest budująca. To on wyciągnął Chicago z dołka po pierwszej kwarcie. 

- Blakeney w końcu coś zagrał. Dostał 26 minut (drugi raz w tym sezonie wybiegł na parkiet, ale wcześniej grał 1 min) i rzucił 16 punktów. Ma olbrzymi talent ofensywny. Mam nadzieję, że będziemy go częściej oglądać.

Minusy:

- Pierwsza kwarta – jedna z najgorszych w historii organizacji – tylko 7 zdobytych punktów, 5 strat. Zsumowany współczynniki plus/minus całej ekipy: -100.

- Nie ukrywam, że w Thunder gra najmniej lubiane przeze mnie trio w NBA, ale nie potrafię ich lubić, kiedy płaczą o faul co niecelny rzut, a przewinienia Melo uchodzą na sucho.

- W zasadzie słabo zagrali wszyscy, ale specjalnie wyróżnię dwóch panów:

Dunn - pudłował wszystko, jak leci i Thunder nawet nie próbowali go przy tym kryć.

Portis - nie będę nigdy jego fanem. Brał na siebie grę i szukał gry jeden na jeden, a potem się gubił i albo ceglił, albo tracił piłkę.

 

 

 

Dodaj komentarz

Kod antyspamowy
Odśwież