bulls pacers

Trzeba naprawdę z dużym dystansem w tym sezonie podchodzić do spotkań Bulls, żeby móc je oglądać w telewizji. Zastanawiam się, jak duży dystans mają kibice w United Center, że są w stanie jeszcze na te spotkania przychodzić. Niestety nie doczekaliśmy się zbyt wiele walki w meczu z Pacers, a jedynie pojedyncze zagrania mogły sprawić odrobinę satysfakcji, w tym nierównym pojedynku zespołów z konferencji Wschodniej.

 

Chicago przywitało weekend już iście zimowym klimatem. Natomiast zawodnicy Bulls zaoferowali gościom z Indiany sporo miejsca w ich strefie podkoszowej. Sami (typowo dla trenera Hoiberga) skupili się na rzutach z dystansu. Trafiał tylko Holiday, zdobywając wszystkie punkty dla Byków w pierwsze 5 minut gry (2 razy za trzy).

 

Wymuszony kontuzją Nwaby występ Zipsera w pierwszej piątce potwierdzał jedynie słuszność, by ten gracz występował raczej w drugim unicie. Wejście rezerwowych: Dunna, Valentine’a i Portisa wydawało się bardziej interesujące niż to, co prezentowało bezbarwne wyjściowe zestawienie. Tymczasem goście prowadzili już 23-12, prezentując bardzo solidną obronę, która zamykała Bykom możliwość gry bliżej obręczy. Żałosność gry Bulls w tej części najlepiej oddaje kontra Dunna, kiedy PG Bulls idąc sam na kosz, zgubił piłkę. Byki, ugościli Pacers w pierwsze 12 minut przewagą 16-27.

Co ciekawe Hoiberg w drugiej kwarcie spróbował ustawienia z Dunnem i Felderem jako backcourtem. Całkiem korzystnie wyglądał w tym ustawieniu Portis, który pokazał sporo waleczności, siły i przede wszystkim chęci do gry. Inna sprawa, że taktyka Bulls polegała na szukaniu go w ataku. Swoje trzy grosze dorzucali też sędziowie, obdarzając ochoczo graczy obu ekip przewinieniami ofensywnymi. Byki zmniejszyły dystans, ale to raczej z uwagi na słabszą grę Pacers. Strasznie niewyraźnie wyglądał Lopez, któremu zdarzyło się nie dorzucić do kosza z 2 metrów. Obudził się za to, po trzech pudłach w pierwszej kwarcie, Markkanen i trafił za trzy.

 

Miał też aż 8 zbiórek w pierwszej połowie spotkania. Goście mieli za to Oladipo, który robił, co chciał na boisku i utrzymał swoją ekipę na prowadzeniu 45-35 przed przerwą.

Druga połowa zaczęła się pojedynkiem strzeleckim Oladipo i Markkanena.

To jednak Pacers mieli przewagę, a kiedy w zabawę włączył się Bogdanovic ze swoimi trójkami, to z Byczków też uciekła ochota. Przewaga przyjezdnych przekroczyła próg 20 oczek. Taktyka Chicago, w której RoLo biega pod koszem, a pozostałych czterech graczy stoi na obwodzie, nie tylko wygląda paskudnie, ale i jest maksymalnie nieefektywna. Do tego trzeba dodać wakacje w obronie i mamy wynik po 36 minutach gry: 80 do 61 dla przyjezdnych.

Na początku ostatniej części szybko było jasne, że Bulls nie mają zamiaru nawet jakoś specjalnie próbować wygrać tego spotkania i widowisko stało się jedynie polem do trenerskich eksperymentów. Zawodnicy chcieli pokazać swoją wartość i stąd kilkukrotnie oklaski zebrali Portis, czy przede wszystkim ambitnie grający Dunn. Ten drugoroczniak pokazuje, że ma sporo talentu i zadatki na naprawdę dobrego gracza. Problem, jaki widzę z obroną Bulls to zastawianie własnej deski kosztem obrony na obwodzie. Byki często zostawiali przeciwnikom pozycje za łukiem, koncentrując się na tym, żeby mieć przewagę w pomalowanym w przypadku niecelnej próby. Ostatecznie po meczu kompletnie bez historii, Bulls (obawiam się, że zgodnie z planem) przegrali 87-105.

 

Plusy:

- Double double Markkanena (12-10) i Portisa (20-11).

- Rozwój Krisa Dunna - 16 punktów, 4 zbiórki, 5 asyst i 3 przechwyty.

- Ogólnie za plus uważam pomysł większych minut dla Feldera i jego występowanie razem z Dunnem na boisku.

Minusy:

- Falująca forma Denzela. Z Pacers miał 1/10 z gry.

- Jestem ogromnie rozczarowany krokiem wstecz w grze Felicio.

- Najgorszy występ w tym roku Lopeza - 3 punkty (1/7 FG)

- Przegrana deska 23 do 44.

- Bezpłciowa obrona i brok woli walki.

Dodaj komentarz

Kod antyspamowy
Odśwież