Zaloguj

Zaloguj

bulls pelicans

Chicago Bulls nie muszą wygrywać, nie brakuje takich, którzy twierdzą, że nawet nie powinni. Stąd w trakcie spotkania skupiamy się raczej na indywidualnych popisach i lepszych momentach poszczególnych zawodników, a jak czasem wyjdzie z tego całkiem udany występ, to tylko uatrakcyjnia tę obserwację. Tak było w spotkania z Pelicans.

 

Obok niewątpliwego pytania, jak poradzi sobie Markkanen z najlepszym podkoszowym duo w lidze, smaczku rywalizacji z Pelikanami dodawał pojedynek braci Holiday. Obaj wyszli w pierwszych piątkach swoich ekip. Goście szybko przejęli United Center, bo po 3 minutach prowadzili 9-2. Bulls postawili na Lopeza i do wsadu Markkanena w szóstej minucie był jedynym dostarczycielem punktów dla ekipy miejscowych. Znów Dunn i Zipser stanowili pierwszą parę wchodzącą jeszcze w pierwszej kwarcie z ławki. Goście sporo posiadań tracili przez to, że testował swoje rzuty trzypunktowe Cousins. Center Pelicans miał wybitnie słabe rozpoczęcie, bo trafił tylko raz z dystansu, a kryci przez niego zawodnicy byli najskuteczniejszymi na boisku. Run 16-6 pozwolił Bykom wyjść w ostatniej minucie kwarty na prowadzenie – 19-17.

 

Od celnej trójki drugą kwartę zaczął Denzel i choć Byki wyglądały obiecująco to bardzo szybko Anthony Davis, niemal w pojedynkę przywrócił prowadzenie swojej ekipie. Nieporadny w obronie był Felicio, a grający jako PF Zipser nie istniał. Szybko Hoiberg wyciągnął, więc Markkanena z ławki. Tymczasem po raz kolejny szybkie ręce pokazał Dunn, który na początku drugiej kwarty zaliczył 2 przechwyty.

 

2 na 13 Bulls w 6 minut tej kwarty nie pomagało w korzystnym rezultacie. Felicio, zaś był łaskaw trzykrotnie w tym czasie faulować i musiał zejść z parkietu. Powrót starterów i zejście Davisa wyrównało grę i Chicago z energią Nwaby, spokojem Lopeza i umiejętnościami Markkanena dogoniło przeciwników. Powoli szacunek kibiców Bulls odzyskuje Valentine, który właśnie na końcówkę pierwszej połowy zostawił kilka udanych zagrań. W połowie meczu było po 38.

Efektownie pojedynek z Davisem wsadem zakończył Lauri na początku drugiej połowy. Pelicans za to ewidentnie ciążył Cousins. Brał na siebie sporo akcji i sporo ich marnował. Tutaj spora zasług RoLo, który zdecydowanie gra sezon życia. Dwoił się i troił, by DeMarcus nie miał łatwego życia.

Chicago dzięki niezłym momentom Granta, Holidaya i energicznego Nwaby (wydawało się wtedy, że na dobre wygryzł Zipsera z pierwszego setu) miejscowi mieli ciągle kilkupunktowe prowadzenie. Zwłaszcza Justin czuł się chyba dodatkowo zmobilizowany, bo dość często rywalizował bezpośrednio z młodszym o rok bratem. W 8 minucie trzeciej kwarty Nwaby niefortunnie zderzył się z rywalem, faulując przy tym w ataku, upadł na parkiet, trzymając się za kostkę. Musiał za niego do gry wejść Zipser. Niemiec dwukrotnie pokazał się z dobrej strony, ambitnie walcząc na tablicach. Natomiast zostawiony na dystansie Valentine, w końcu prezentował to, z jakiego powodu wiązaliśmy z nim przyszłość organizacji. Chicago po dobrej kwarcie prowadzili 64-57.

 

 Niestety kompletnie tej nocy nie siedziało z dystansu Markkanenowi (2/11 za trzy) i kolejne jego próby nie dochodziły do celu. Tak samo można powiedzieć o Dunnie, który był ostentacyjnie przez kryjących go zawodników, zachęcamy do rzucania i robił to, ale nie trafiał. Od serii pudeł Byki zaczęły czwartą kwartę i na własne życzenie pozbawili się szybko przewagi. Nie wiem, co stało się z Felicio, ale był kompletnie pogubiony i z ulgą przyjąłem informację o jego zejściu z boiska. W połowie kwarty Cousins trafił za trzy i wyprowadził swoją drużynę, aż na 7 punktów przewagi. Wtedy nie tylko Denzel 'Strzelb'a Valentine, ale i Fin Markkanen ugryźli z dystansu i zapowiadała się zacięta końcówka. Po nieco szalonym rzucie Denzela Bulls prowadzili 83-81 na 2 minuty przed końcem regulaminowego czasu.

Obie ekipy miały swoje szanse na wygranie, ale ani RoLo (z dobitką), ani Holiday dla Pelicans nie trafili i czekała nas dogrywka.

 

Pierwsze w sezonie overtime. Tutaj oglądaliśmy sporo gwizdków – większość w jedną stronę. Nie powiem, żeby można je nazwać bezdyskusyjnymi. Bulls naprawdę walczyli i za to im chwała. Trójki nie chciały niestety wpadać i Pelicans, którzy oparli grę na swoich podkoszych - wygrali. Brawa jednak dla gospodarzy za walkę i ambicję. Takie przegrane, szczególnie w takim sezonie – hańby im nie przynoszą.

Plusy:

- Przebudzenie Valentine’a. Zaczyna w końcu łapać formę i ze swoim szybkim rzutem jest niezwykle groźny na boisku. 16 punktów, 6 zbiórek, 3 asysty.
- Obrona na Cousinsie. Wybitnie nie przepadam za tym zawodnikiem, więc jego 6/20 z gry i 3 straty (2/8 za trzy) zawsze przyjmę jako coś miłego.
- Dobrze zastawiana deska. Tylko 5 ofensywnych zbiórek przeciwnika. Aż 16 własnych.
- Cichy dobry mecz Granta: 13 punktów, 9 asyst, 8 zbiórek, blok i przechwyt.


Minusy:
- Kontuzja Nwaby. Ma opuścić nawet od 2 do 4 tygodni, z powodu skręcenia kostki.
Felicio – bez punktów, mnóstwo zdziwienia na twarzy i 4 faule w 10 minut na parkiecie.
- Ciężko pozytywnie ocenić występy Zipsera i Dunna. Obaj spudłowali za dużo rzutów, chociaż widać, że mają potencjał, a Kriss z każdym meczem jest lepszy.
- Trójki. Przez to stracili przewagę. Markkanen i Holiday trafili razem 5 na 21. Cała drużyna zaliczył zaledwie 26%.

Dodaj komentarz

Kod antyspamowy
Odśwież