bulls hawks 2

 Jest pierwsze zwycięstwo Bulls. Możemy psioczyć na słaby skład, ale nie zapominajmy, że w chwili obecnej w składzie Byków nie ma aż 6 graczy z podstawowej rotacji, jaka została przygotwana na ten sezon. Do grono nieobecnych (LaVine, Dunn, Mirotic, Portis, Payne) dołączył przed tym spotkaniem Zipser, który nabawił się kontuzji podczas treningu i jego powrót ma status day-to-day.

 Znów w meczu Chicago u siebie pojawiły się długie getry graczy gospodarzy, a spotkanie od trójki zaczął Markkanen. W pierwszej piątce zamiast Zipsera uskrażającego się na uraz kolana, wybiegł Valentine.

Pierwsze minuty to seria niecelnych rzutów z obu stron - wyglądało to trochę jakby nie mogli się zdecydować, kto chce bardziej przegrać.  Trochę przypominało to parodię koszykówki. Gdy mierzący ponad 210 centymetrów Lopez nie trafia z najbliższej odległości, to już podchodzi pod ustawkę.

Działy się też takie cuda:

Bulls przez 10 minut gry zdobyli 11 punktów, z czego 8 Lopez. Ostatecznie wejście Feldera i Pondextera nieco rozruszało ofensywę miejscowych i końcówka kwarty należała do nich. Bulls po 12 minutach przegrywali 18-20, a 10 punktów i 2 zbiórki dostarczył im Lopez. Po stronie Hawks próżno szukać lidera. Grali kolektywnie, notując 38% z gry.

 

Od 7-2 drugą kwartę zaczęli przyjezdni i naprawdę nie znam jeszcze nazwisk ich nowych graczy, stąd ciężko było wskazać ich lidera. Chicago nieco przebudzili się po takim starcie, na uwagę zasłużył przede wszystkim Nwaba, który pokazywał zaangażowanie i energię po obu stronach parkietu.

  

 

Kulała skuteczność z dystansu, którą tak Bulls popisywali się przeciwko Cavs. Zostawiany na dystansie Lauri w pewnym momencie przestał rzucać zza łuku, bo tak bardzo był nieskuteczny. Jedynie Holiday trafił drugą trójkę dla Byków w pierwszej połowie. Po stratach Granta w ostatniej minucie Bulls stracili minimalną przewagę i w połowie tego żenująco wyglądającego meczu goście prowadzili 39-37. Jedynie RoLo (14pt, 5zb) i Nwaba (7pt, 5zb) zasłużyli na pochwały za pierwsze 24 minuty.

 

Chicago nie zrazili się fatalną skutecznością, jaką mieli zza łuku i od początku drugiej połówki konsekwentnie nadal rzucali z daleka. Nie przeszkadzało im, ze w czwartej minucie tej części notowali 3/20 za trzy. Strasznie irytujące było to, że mimo takiej indolencji nadal trójka była pierwszym pomysłem w ataku Byków. Tymczasem Lauri pokazał, że można też wejść pomalowane, skąd efektownie zadunkował.

 

Ogólnie wyciągnął wnioski ze słabszej skuteczności i nabierał swojego obrońcę na pump fake i trzykrotnie wszedł z wielką łatwością pod kosz i z jeszcze większą łatwością zdobywał punkty lewą ręką. Chicago prowadzili w 33 minucie spotkania aż 36 do 10 w punktach zdobytych z ‘trumny’. Najlepiej im wychodziło, kiedy to w ten sposób szukali swoich szans strzeleckich. Lopez swoją posturą robił olbrzymią przewagę pod koszem i 6 ze swoich pierwszych 7 zbiórek miał właśnie na desce Jastrzębi. Bykom udało się wyjść nieco na prowadzenie i przed ostatnią częścią było 65-59. 7 punktów w trzeciej kwarcie dziełem było rookie Chicago.

W końcu Felicio skończył efektownym wsadem pick and rolla na początku czwartej ćwiartki jak przyzwyczaił nas do tego w poprzednim sezonie.

 

Potem szaleć zaczął Nwaba, który jak określił to Stacey King - był wszędzie. Najpierw znalazł się niekryty pod koszem, a za chwilę sprzedał przeciwnikowi blok z pomocy. Uzbierał na początku czwartej kwarty double double. Pierwsze w jego karierze w 24 meczu w NBA.

 

Niestety Byki zasnęły w obronie i chociaż posiadali już 7-punktową przewagą, to otwarcie dla graczy Hawks strefy zza łukiem pozwoliło przeciwnikom na trafianie trójek i wyjście na prowadzenie, po tym, jak zrobili run 11-2. Hoiberg reagował i przywrócił starterów na boisko (kosztem niestety Nwaby). Ci uspokoili grę, p[oprawili obronę i odzyskali prowadzenie. Cały czas groźny bytł jednak Belinelli, który cały mecz grał równo i co jakiś czas raził z dystansu. To on ma fatalnym zagraniu w ataku Holidaya wyprowadził gości na jednopunktowe prowadzenie. Nie udało się go im jednak utrzymać. Na 48 sekund przed końcem, borykający się z problemami rzutowymi Markkanen przymierzył celnie zza łuku:

I było po meczu. Hawks próbowali, ale to oni okazali się lepszymi tankerami, a Bulls też nie mogą przecież przegrywać wszystkiego.

 

Plusy:

  • Lopez - jest bezkonkurencyjny, gra jak weteran i robi wielką przewagą na atakowanej desce. 
  • Nwaba - grał z wielkim sercem i zaangażowaniem. Niesamowicie podobał mi się w tym spotkaniu
  • Druga połowa w wykonaniu Markkanena. Przestał bawić się w kopię Miroticia, ale zaczął wbijać się pod kosz. 

Minusy:

  • Denzel Valentine. Nic to, że nie trafiał. Ale to, że tak konsekwentnie rzucał i nie poszukał podania. W tym sezonie nie wygląda jak przyszłość organizacji.
  • Ogromnie jestem rozczarowany Felicio i na razie gra kaszanę. Niewidoczny, głupio fauluje, nie zastawia deski.
  • Taktyka rzucania na siłę i ile się tylko da za trzy. A to jak ceglili w czwartej kwarcie Valentine i Grant to była popularna truskawka na torcie niskiego poziomu tego pojedynku.

Dodaj komentarz

Kod antyspamowy
Odśwież