bulls cavs

Starcia z drużynami LeBrona to zawsze dla Bulls (choćby nie wiem jak głębokim dole byli) mecze specjalne. Niczym derby w Krakowie. Stąd zawodnicy na chwilę zatrzymali tryb tankowania i chociaż próbowali go wygrać. Tym razem jednak na drodze  stanął LeBron James z ziomkami.

 

Chicago zaczęli mecz efektownie, bo po kilku ładnych i udanych zagraniach w defensywie oraz trójce Markkanena było 7-0. W kolejnych akcjach nie zwalniali tempa i Tyrone Lue, w końcu zareagował wzięciem czasu przy stanie 2 do 12 dla jego ekipy. W 4 minuty Markkanen dwa razy celnie przymierzył z daleka. Byki grały na tak wyjątkowej efektywności, że po 5 minutach gry mieli 20 oczek na koncie, a Fin wyglądał jak jedna z największych gwiazd na boisku z kapitalną defensywą i 2/2 za trzy. Nawet RoLo trafił trójkę od deski równo z syreną kończącą czas na akcję. Dostający srogie lanie wicemistrzowie NBA musieli zakasać rękawy i LeBron przejął rolę jednoosobowej ofensywny swojej drużyny. Niestety, jego Bulls nie umieli zatrzymać, nadmiernie przy tym wierząc w siłę własnego rzutu. Pojawienie się rezerwowych Byków nie wpłynęło zbyt pozytywnie na wynik, ale myślę, że niejeden kibic cieszy się, oglądając biegającego wszędzie z uśmiechem na ustach Feldera. Byki prowadziły po 12 minutach 38-28, a po 8 punktów zdobyli Holiday i Markkanen. Na uwagę zasługuje fakt, że Byki popełniły w tym czasie tylko jedną stratę.

 

W drugiej kwarcie rolę rozgrywającego w ekipie gospodarzy pełnił Dwayne Wade i kilkukrotnie pokazał, że skuteczne passy to również jego mocna strona. Bronią Bulls były przede wszystkim trójki. W pierwszych minutach drugiej części dwa razy trafił tak Felder, a raz dorzucił Valentine. Gra niskim składem (jeden wysoki: najpierw Felicio, potem Lauri) prowokowało Cavs by ci szukali szans w pomalowanym. Niestety je znajdowali. W połowie kwarty Bulls mieli trafione tylko 3 z 11 prób. Hoiberg wziął więc przerwę, na której przypomniał, jak się układa ręce, żeby wpadało. Po powrocie do gry graczom z Wietrznego miasta znów wpadało. Lauri machnął kolejną trójkę, a potem kolejną - Byki miały 12/20 zza łuku w pierwszej połowie. Dzięki 9/18 z dystansu, Cavs utrzymali się w meczu i było jedynie 68 do 65 dla Byków w połowie pojedynku. Markkanen 17 punktów i zapewne setki nowych fanów. Rookie Bulls był ‘on fire’ 5 ma 6 za trzy.

Po 13 punktów dołożyli stabilny Holiday i niesamowity Felder. Także na deskach goście prowadzili 21-16.

 

W drugiej połowie Cavs zaczęli lepiej, chociaż efektownym dunkiem popisał się nie kto inny jak Markkanen (liczcie ile razy to nazwisko padnie w tej relacji :p). W 4 minucie wyszli po raz pierwszy na prowadzenie. Wkrótce ją powiększyli i młodzi Bulls stracili sporo animuszu, jaki emanował z nich w pierwszej połowie. Nie zabrakło gwizdków od sędziów dla LeBrona i spółki, co zawsze jest bardzo irytujące. A takie jazdy jak odgwizdanie 24 sekund Bykom, kiedy rywale popełniają prostą stratę po wcześniejszym przechwycie, zakrawa na kpinę i zabiera poczucie sportowej rywalizacji. Wzmocniona defensywa ekipy z Cleveland ograniczyła mocno ofensywne pomysły Chicago i pozwalało im na utrzymywanie świeżo wywalczonej przewagi. Trójki sypał jeszcze Holiday, a na parkiet wbiegli Pondexter i Felder i chłopakom z Wind City zdarzyło się dawać nam chwilę radości, gdy skutecznie przeprowadzili jedną czy dwie akcje. Po runie 12-3 Bulls wrócili na prowadzenie i przed decydującą częścią było 92-91. Wspomniany rozgrywający Byków miał 13 oczek na koncie, a 23 punktami i 50% skutecznością pochwalić się mógł Holiday. 27 punktów i 8 asyst (ale tylko 1 zbiórkę) miał LeBron. Drugim strzelcem gospodarzy był Green z 14 punktami.

Trójkami Korvera na początku czwartej kwarty straszyć zaczęli Cavaliers i w trzy minuty zrobili 8-punktową przewagę. Chicago długo grali z Felicio na boisku, który miał wyjątkowo słaby dzień. Natomiast kapitalnie od trzeciej kwarty spisywał się Denzel Valentine, który nie tylko się starał, ale i co rusz dziurawił siatkę w koszu rywali. Ciężko jednak, bo sędziowie w kluczowych momentach mocno faworyzowali gospodarzy. M.in. dwukrotnie nie odgwizdując ewidentnych fauli ofensywnych Jamesa. Porażka. Może i Byki miały szansę więcej powalczyć w tym meczu, ale panowie na szaro starali się jak mogli, by to uniemożliwić. W końcówce nie sprawdzały się wejścia, a LeBron czuwał, by jego zespół nie przegrał tego spotkania. Przekroczył barierę 30 punktów i to on brał na siebie decydujące akcje. Bulls przegrali z LeBronem, sędziami i losem, ale należy się im sporo pochwała za mecz i postawę.

 

Plusy: 

- Wiadomka - Markkanen 19 punktów, 8 zbiórek i niesamowita pierwsza połowa w jego wykonaniu. Potem miał mniej szczęścia.

- Valentine - sporo odważnych decyzji rzutowych i 13 punktów w 17 minut na parkiecie. Siedziało mu na tyle dobrze, że Hoiberg w ostatnich akcjach zdjął go z boiska, żeby czasem Bulls nie wygrali meczu.

- Felder - jak trafia to jest mój ulubiony rozgrywajek w Bykach.

- Całkiem ciekawa linijka Granta - 12 punktów, 10 asyst i 6 zbiórek.

- Dużo fajnej walki i drugi najlepszy wynik w historii organizacji z 17 trafionymi trójkami przez gości.

 

Minusy:

- Felicio był coś poza grą - 1/5 FG 

- 'LeBronowi' sędziowie - odebrali Bulls szansę, by przegrać umiejętnościami. Widać, że w lidze są przepisy dla Cavs (Jamesa i Thompsona przede wszystkim) i dla reszty ligi. 

- Zabrakło obrony na obwodzie i kulała walka pod własną deską, przede wszystkim w czwartej kwarcie.

Dodaj komentarz

Kod antyspamowy
Odśwież