bulls celtics game2

Nie dziwne jest, że fani Bulls czytają dzisiaj wszystkie podsumowania wczorajszej nocy i z wielką satysfakcją widzą zmiany opinii ludzi, którzy kilka dni temu przekreślali Byków w tym starciu (także fani Chicago). Cieszmy się tą chwilą - nie wiadomo co się wydarzy w następnych pojedynkach, ale tych dwóch pokazów dobrej zespołowej koszykówki w wykonaniu Bulls już nikt nam nie zabierze. Wierzymy, że to dopiero preludium do tego, na co ich stać.

 

Mecz numer dwa rozpoczął się pod znakiem agresywnej, fizycznej gry obu ekip. Nie było ani grama odpuszczania – zapach play-offs czuć było w każdym koźle, zbiórce czy podaniu. Wszystkie trafienia zawodnicy musieli sobie ciężko wywalczyć. Każdy gracz Byków zaliczył po ofensywnej zbiórce w pierwsze sześć minut meczu i goście prowadzili w tym czasie 17-11, a po trójce Niko nawet 20-11 (run 17-2 w cztery minuty). Mimo wielkich obaw DŁ przed meczem, o formę Niko, Czarnogórzec odpalił w pierwszej kwarcie i trafił dwie swoje pierwsze próby z dystansu.

 

Celtics utrzymywali się w grze, dzięki rzutom trzypunktowym, bo w każdym innym elemencie ustępowali Bykom w pierwszej kwarcie. Po 12 minutach było 31 do 25 dla przyjezdnych.

 

Źle Bulls zaczęli drugą odsłonę. Celtowie pamiętni ostatniego pojedynku, tym razem od początku Q2 do gry wystawili Thomasa. Sędziowie natomiast postanowili im pomagać i bardzo wybiórczo interpretowali przepisy. Tym razem to gospodarze zrobili run 16-4.

Sędziowskie smaczki - technik dla Portisa za to:

Hoiberg szybko wracał do starterów, bo w tym spotkaniu to oni robili dla Byczków różnicę – zwłaszcza Rondo. Niestety o krótkich epizodach Felicio i Granta na boisku nie da się powiedzieć nic dobrego. Portis przynajmniej trafił trójkę.

Niko po powrocie na boisko niestety nie trafiał, ale to nie znaczy, że nie wnosił nic do gry:

Pod koszami jak lew o zbiórki walczył RoLo, dodatkowo trafiając niczym automat z półdystansu.

 

Osobną historią była postawa Rondo. Rajon w wygranej 54-46 przez Bulls połowie, uzbierał 8 punktów, 7 zbiórek (najwięcej z grających) i 9 asyst (również najwięcej z grających).

Chyba najbardziej jego geniusz oddaje to podanie:

 

Brad Stevens desygnował do gry na drugą połowę, zamiast Amira Johnsonana Tylera Zellera. Jednak, mimo że odrobili na początku drugiej połowy część strat, to Bostończycy nie mieli defensywnej odpowiedzi na Lopeza, który zdobył dla Byków sześć punktów na początku tej części. Celtics mieli jednak wrzucony wyższy bieg i niemal odrobili straty w czwartej minucie. Do był sygnał uaktywniający Butlera. Do tej pory był średnio widoczny, ale nagle trafił serię rzutów i pomagał swojej ekipę odbudowywać przewagę, liderując po obu stronach parkietu.

Byki zrobiły pod jego przewodnictwem run 17-5 i osiągnęły (na chwilę) rekordowe (w tamtym momencie) 13-punktowe prowadzenie.

Swoje w tej kwarcie zrobił też Dwayne Wade:

Ostatecznie Bulls zachowali 11 oczek więcej niż rywale po 36 minutach gry i przed decydującą częścią prowadzili 86 do 75.

Trochę nierówno Byki zaczęły czwartą kwartę, a gracze z Bostonu jeszcze nie zamierzali się poddawać. Chociaż na parkiecie tę część zaczął Michael Carter-Williams, to już po dwóch minutach wrócił do gry Rondo.  I wciąż był niesamowity.

Nie można zapomnieć, że najbardziej doświadczonym graczem play-offs w tej serii jest Wade i po jego małym show (trójka, rzut hakiem) Bulls osiągnęli 16-punktowe prowadzenie na 6 minut do końca regulaminowego czasu spotkania. Po kolejnej trójce DWade’a było +19. Wtedy jednak Byki trochę zbyt lekceważąco podeszli do posiadanej przewagi i przez kolejne akcje nie mogli umieścić piłki w obręczy. Dopiero trójka Zipsera przełamała tę niemoc. Na szczęście w tym samym czasie dobrze bronili i wciąż utrzymywali przewagę. Isaiah Thomas za to doczekał się trzeciej ‘czapy’ od zawodników Bulls.

Chicago robią niespodziankę i chociaż awansowali z ósmego miejsca, to prowadzą po dwóch wyjazdowych meczach ze zwycięzcą konferencji wschodniej 2-0.

 

 

Plusy:

- MVP meczu - Rajon Rondo - 11 punktów, 14 asyst, 9 zbiórek, 5 przechwytów. Uwaga, ktoś przeniósł się w czasie i znów mamy rok 2009.

- Butler i Wade. Podział ról jest widoczny gołym okiem i panowie nie mają z nim problemu. Obaj rzucili po 22 punkty i genialnie wywiązali się ze swoich obowiązków. Jimmy rządził i dzielił w trzeciej, a Wade w czwartej kwarcie.

- Robin Lopez, to Niko nadal uważam za X-faktora serii, ale RoLo to najpewniejszy chicagowski matchup na Boston. Stevens próbował wystawiać na niego kogo mógł, ale Celtowie po prostu nie mają w rosterze zawodnika, który mógłby powstrzymać tak grającego centra Byków od zbierania im piłki z tablicy.

- Zbiórki. Pisałem przed serią, że to najoczywistsza przewaga Bulls i ci do granic absurdu ją wykorzystują - oby tak dalej.

- Zipser i jego Zipsanity. Przepompował przed meczem trochę krwi od Portisa i to tym razem jemu nie drżała ręka przy rzucie.

- Hoiberg. Tak, dobrze widzicie. W sumie nie wiem jak dalece zmiany to jego autonomiczne decyzje, ale rotacja w tych play-offach ociera się o wzorową. Nikogo niepotrzebnie nie przetrzymuje w grze. Rotuje mądrze Big Three, tak by zawsze ktoś z nich był na parkiecie. Wpuszcza RoLo we właściwych momentach. Nie ściąga niepotrzebnie rezerwowych, gdy widać, że grają dobrze. Szybko bierze czas. Brawo Fred - może nie będziemy chcieli cię już zwalniać po każdym meczu.

Minusy:

- W KAŻDEJ kwarcie Byki potrzebowali trochę czasu, by złapać swój rytm, przez to gospodarze kilkukrotnie niebezpiecznie skracali dystans. Trzeba tego unikać w kolejnych meczach, bo przy mniejszych przewagach może to być problemem.

- Grant - w pierwszym meczu grał dobrze, w tym wyszedł jakby na siłę wyciągnięty przez nauczyciela do odpowiedzi. Na szczęście Hoiberg szybko reagował na to, co się dzieje i wpuścił Cartera-Williamsa, który pokazał się nie najgorzej.

- Nie wiem, czy dotarło do Was to zdjęcie. Olynyk powinien zostać wygwizdany w United Center, bo pewnych rzeczy się nie robi.

 

Dodaj komentarz

Kod antyspamowy
Odśwież