Zaloguj

Zaloguj

maxresdefault

Obrazek wszystkim dobrze znany. Ikoniczny. 

Jordan zabiera piłkę Karla Malone’a, biegnie pod kosz przeciwnika, oszukuje kryjącego go Bryona Russella nie próbując przedrzeć się bliżej, jakby można się spodziewać, tylko staje i rzuca. W międzyczasie cała Delta Center wstrzymuje oddech, a fotograf Fernando Medina wykonuje jedno z najsłynniejszych zdjęć w dziejach sportu, na którym uwiecznił zawodników oraz tych wszystkich nieszczęśników na trybunach - fanów Utah, którzy zaczynają się już godzić z tym co za chwilę nastąpi. Jordan oczywiście trafia. Zastyga jeszcze przez chwile w tej majestatycznej pozie ze zgiętym nadgarstkiem. Delektuje się wyjątkowym momentem. Chce go zapamiętać. Chce sprawić, by trwał wiecznie, ponieważ wie, że to ostatni taniec. Byki prowadzą jednym punktem. Zostaje jeszcze nieco ponad pięć sekund meczu, ale ostatecznie rezultat się nie zmienia i mecz, a tym samym całą serię wygrywają Bulls. Oznacza to dla nich szósty tytuł Mistrzów NBA w ciągu ostatnich ośmiu lat.

I tak kończy się ta jakże romantyczna historia. Tak kończy się też absolutnie hitowy serial Netflixa “The Last Dance”. Światła gasną. Ale przecież organizacja z Wietrznego Miasta wciąż istnieje. Bez Jordana, Pippena, Rodmana i Jacksona, ale jednak - wciąż istnieje. Jak więc zniosła tak hucznie zapowiadaną i drastyczną przebudowę kadry? To dobry moment na przedstawienie losów Byków po "Ostatnim Tańcu". Czy istnieje po nim życie? 

 

NOWE OTWARCIE TAM, GDZIE WSZYSTKO SIĘ SKOŃCZYŁO

Sezon 1998/1999 ma rozpocząć rewanż finałów, które miały miejsce jeszcze przed kilkoma miesiącami. Zgadzają się kluby oraz zgadza się miejsce. Niestety, pojawia się pewien problem. Podczas gdy najważniejsze figury Jazzmanów - Karl Malone, John Stockton, czy Jerry Sloan nigdzie się po przegranym starciu nie ruszyły, tak w Chicago doszło do konkretnego przewietrzenia składu. 

Przed otwierający nowy sezon meczem, nowy trener Bulls, Tim Floyd, pokazywał swoim zawodnikom sposób, w jaki Jordan i spółka wyprowadzali ataki w finałach. To jedyne wideo jakie miał. W wypowiedzi przed spotkaniem pragnął innego składu: “Chciałbym ich tu dzisiaj mieć”. Ale nie miał. 

Byki przerywają długoletnią tradycję wręczenia mistrzowskich pierścieni. Do hotelu, zamiast skradać się przez tylne wejścia i uciekać przed tumultem dziennikarzy, tym razem wchodzą frontowym wejściem, gdzie czeka na nich "tłum" w postaci czterech gapiów. Bukmacherzy na czwarty tytuł mistrzowski z rzędu Bulls przyjmują zakłady w postaci 1 do 100 000. 

Planowano elektryzujące otwarcie ostatniego sezonu w XX stuleciu, a spotkanie nie zostało nawet pokazane w narodowej telewizji. 

Mecz otoczony tak nędzną atmosferą, toczy się tak jak się spodziewano. Do jednego kosza. Utah w przerwie prowadzi już piętnastoma punktami. Potem nieco odpuszczają i wymiary zwycięstwa zmniejszają się. 104-96.  

Teraz już każdy to poczuł i zobaczył. Nadeszła post-Jordanowska era. Nadszedł mrok i jak pokażą to kolejne lata - bolesny upadek. Nie można dziwić się Ronowi Harperowi, jednemu z nielicznych członków starej gwardii, który pozostał na tonącym statku. “Jest gorzej, niż się spodziewałem”, mówił. Takie odczucia zapewne miał każdy. Choć pewnie nikt jeszcze nie przypuszczał, jak źle może być.

 

ZMIANA WARTY

"KIM U LICHA SĄ CI GOŚCIE" ~ Ron Harper

Z mistrzowskiego składu ostali się jedynie Harper, Toni Kukoc, Randy Brown, Dickey Simpkins, Bill Wennington, Rusty LaRue oraz Keith Booth. Z tym, że kluczowe role w poprzednich latach odgrywała tylko pierwsza dwójka. 

Phil Jackson przeniósł się do Kalifornii trenować Lakers, Jordan ogłosił - już drugie, choć nie ostatnie - zakończenie kariery, Pippena sprzedano do Houston Rockets, Luca Longleya do Phoenix Suns, Steve Kerr wylądował w San Antonio Spurs, zaś niepokornemu Dennisowi Rodmanowi po prostu nie przedłużono kontraktu. Popularny "Robak" za przykładem Jacksona przywdział barwy Lakersów. Oprócz tych charakterystycznych postaci, z Chicago pozbyto się także wielu przydatnych rezerwowych. Nastąpiła przebudowa pełną gębą.

W zamian do Wietrznego Miasta pozyskano zawodników, którzy w znakomitej większości nigdy nie podbili świat NBA. Status gwiazdy przypisano Brentowi Barry'emu, który podpisał sześcioletnią, wartą 27 milionów dolarów umowę. Barry był wówczas najbardziej znany z wygrania konkursu wsadów w 1996 roku.  W Chicago zabawił jeden sezon. Jak się okazało, spośród nowych nabytków Byków, to właśnie on zrobił potem największą karierę, albowiem udało mu się nawet sięgnąć po mistrzowstwo w zespole San Antonio Spurs w 2005 i 2007 roku.

Osobliwie wspomnienia z wejścia do odświeżonej szatni miał jeden z ostańców. 

Ron Harper pytał “kim u licha są ci goście?”. W miejsce Pippena, Jordana czy Kerra weszły tam takie “tuzy” basketu jak Cory Carr, Mark Bryant oraz Dávid Kornél. Jeśli, drogi czytelniku, interesujesz się historią NBA i nic Ci te nazwiska nie mówią, raczej wiele nie straciłeś. To zawodnicy znani przede wszystkim, z tego, kogo zastąpili. Pierwszy, wybrany w końcówce drugiej rundy draftu, po parkietach NBA biegał tylko przez rok. Potem poniosło go do ligi izraelskiej i do kraju Wuja Sama już nie wrócił. Drugi również tylko jeden sezon rozegrał jako Byk; w ciągu trzech kolejnych lat zdążył zaliczyć sześć innych klubów NBA i ostatecznie zakończyć ubogą karierę. Zaś w przypadku ostatniego wystarczy wspomnieć, że w ciągu dwudziestoletniej letniej przygody z koszykówką, aż siedemnaście lat spędził w Europie. Amerykańskie epizody błyskawicznie weryfikowały umiejętności Węgra.   

Nie sposób było uniknąć porównań nowych transferów do kolegów, którzy jeszcze przed kilkoma miesiącami w Grant Parku dumnie prezentowali dziesiątkom tysięcy fanów sześć trofeów Larry'ego O'Briena. 

Podczas treningów, asystent Jacksona i naturalnie jeden z ojców sukcesów sześciu mistrzostw, Tex Winter, miał krzyczeć do swoich protegowanych: “Nie, nie, nie! Scottie zrobiły to tak, a Michael zrobiłby wtedy to czy tamto”. Chwilę później jednak sam się reflektował: “Muszę przestać to robić. To niesprawiedliwe. Przecież nie widzę tu już żadnych Scottich czy Michaelów”.

 

SEZON 1998/1999

"KIEDY ZMIENIASZ SZEFA KUCHNI, MUSISZ ZMIENIĆ TEŻ MENU" ~ Dikembe Mutombo

Cały sezon 1998/1999 był naznaczony sporem między związkiem zawodników, a właścicielami ligi. W jego wyniku pierwszy rzut sędziowski przesunął się aż o 204 dni. Rozgrywki zaczęto dopiero w styczniu kolejnego roku. To z pewnością nie pomogło nowo utworzonej ekipie z Wietrznego Miasta.

“Kiedy latem wykonujesz kilka transferów, potrzeba dać drużynie czasu, by zaczęły działać te wszystkie automatyzmy", narzekał trener Knicks, Jeff Van Gundy. Postanowiono wówczas w błyskawicznym tempie, w ciągu 90 dni, rozegrać 50 spotkań, by sezon uznać za ważny.

Wymowna stała się wypowiedź Charlesa Barkleya: “Nie mogę grać trzech meczów w ciągu trzech dni… Nie jestem w stanie uprawiać seksu trzy noce z rzędu!”, skarżył się na napięty terminarz zawodnik Rockets.

Tak intensywne rozgrywki były tym trudniejsze, że spora część zawodników podczas kilku dodatkowych miesięcy przerwy nie utrzymała rygoru treningowego i po prostu wypadła z formy. Cała liga nie imponowała skutecznością i zgraniem.

W przypadku Bulls jednak pojawił się dodatkowy problem. Przytoczony już wyżej asystent trenera - Winter, był ogromnym zwolennikiem i propagatorem legendarnego systemu rozgrywania akcji w trójkącie. Jego przyswojenie zajęło nieco czasu ekipie Jordana, ale kiedy już załapała tę filozofię, stała się maszyną, która niezwykle rzadko zawodzi. Jerry Krause, dyrektor generalny Bulls, twórca niesławnej przebudowy miał się upierać, by Winter zastosował "trójkąt" również z nową drużyną. 

Po niedługim czasie okazało się to decyzją kompletnie nietrafioną. Nawet zawodnicy rywali zaczęli odradzać dalsze stosowanie tego systemu. “Kiedy zmieniasz szefa kuchni, musisz zmienić też menu”, niezwykle obrazowo doradzał Dikembe Mutombo, środkowy Atlanty Hawks, kiedy ci rozgromili u siebie Bulls 83-67. Menu jednak zostało takie samo, a jedzenie dawno straciło swoją świeżość. Dosłownie i w przenośni. Kłopoty ofensywne Byków były na tyle duże, że w United Center, by przyciągnąć uwagę fanów zaproponowano promocję - darmowe tacos dla wszystkich, jeśli gospodarze wygrają przekraczając 100 punktów. W 25 - ciu domowych spotkań doszło do tego tylko dwukrotnie. Podobno za pierwszym razem, hala stała się głośna jak nigdy podczas tamtego sezonu.



APOGEUM BEZNADZIEI: BLAMAŻ Z HEAT

"TO PO PROSTU BOLI” ~ Toni Kukoc

Wydaje się więc, że największą bolączką tamtej drużyny był atak. To wtedy właśnie padły niechlubne rekordy w najniższych zdobyczach punktowych w meczu. Najpierw granicę przesunięto 21 lutego, w Madison Square Garden, gdy Byki przegrały z New York Knicks 79-63. Jednak to jeszcze nic. Najgorsze miało dopiero nadejść.

Był to 10 kwietnia 1999 roku. Historyczna data. Bulls podejmowali na własnym parkiecie Miami Heat, prowadzonych przez środkowego Alonzo Mourninga, który tamten sezon zwieńczył statuetką dla najlepszego obrońcy ligi oraz drugim miejscem w głosowaniu na MVP całej kampanii.

Natomiast najlepszy zawodnik gospodarzy, Barry, nie mógł zagrać przez skręconą kostkę, zaś Harper, Kukoc i Brown nie byli w najlepszej dyspozycji, po tym jak ledwo co wyleczyli swoje kontuzje. 

W tamtym sezonie Bulls poza fatalnymi wynikami, wyróżnili się z jeszcze jednego powodu, albowiem w ciągu 50 - ciu spotkań poskładali aż 24 różne startowe piątki. Inne zespoły nie wychodziły poza 20 zestawień. Również i tamtego dnia, sztab trenerski ponownie musiał eksperymentować i tastować składem. Nie mogło się to skończyć inaczej.

Pierwsza kwarta: 15-0, pierwsze 14 rzutów niecelne. Mouring zdobywa cztery bloki, nim Bulls trafiają do kosza z gry. Ostatecznie pierwsze 12 minut skończyli z ośmioma oczkami na koncie.

Druga kwarta: 23 punkty.

Trzecia kwarta: 33 punkty.

Końcowy wynik: 82-49. Do dziś niepobity rekord najniższej zdobyczy punktowej od czasu wprowadzenia zasady 24 sekund. 

 

Taki wynik był wtedy szokiem. W dzisiejszej NBA znalazłoby się pewnie drużyny, które 49 punktów Bulls mogłoby pomnożyć razy trzy. 

Co do tego niesławnego meczu istnieje również jeszcze jeden groteskowy paradoks. Doskonale pamiętamy przecież z ostatniego odcinka “The Last Dance”, że rok wcześniej w trzecim meczu finałów rekord najmniejszej zdobyczy punktowej w historii NBA ustalili Utah Jazz, kiedy zostali upokorzeni przez Bulls 96-54. Tak, z Bulls. Rok wcześniej. Z roli kata, wprost pod topór.

 “Nie wiem, co by na to powiedział Michael”, zastanawiał się po spotkaniu Harper. 

Michael? Jeśli Michael byłby wtedy na parkiecie, z pewnością nie pozwoliłby na taki blamaż. Wystarczy przytoczyć tu fakt, który bardzo mocno uderza w tamten "wyczyn" Byków: Sam Jordan w swojej karierze 38 razy (!) zdobył minimum 50 punktów. 

Toni Kukoc ledwo zdołał wycedzić: “To nie jest najlepsze uczucie. Nic więcej nie można powiedzieć. To po prostu boli”. 

 

 

Z KURY ZNOSZĄCEJ ZŁOTE JAJA ZROBIONO ROSÓŁ 

Nie można w tej historii pominąć też aspektu ekonomicznego. Chicago Bulls w latach 90’ stali się światowym produktem, promując jednocześnie markę NBA na każdym kontynencie. Przychody jakie inkasowała liga w ponad 50% miały wyłącznie pochodzić od ekipy Jordana. 

W 1999 roku telewizja w Stanach Zjednoczonych momentalnie zapomniała o transmisji drużyny, która w ciągu całej dekady rejestrowała dla niej do dziś niepobite rekordy oglądalności finałów NBA. W rankingu takich rekordów, aż do teraz, pięć z pierwszych sześciu pozycji dzierżą Chicago Bulls. Na czele uplasowało się ostatnie starcie z Jazzmanami w 1998 roku. Średnia oglądalność tej serii wyniosła 29 milionów, zaś mecz nr 6 - słynny Ostatni Taniec - zgromadził przed odbiornikami bagatelne 35 milionów widzów. Rok później TNT i TBS nie pokazują żadnego meczu Byków. CBS pokazuje tylko jeden, ten z Knicks, ale można było go zobaczyć tylko w telewizji regionalnej Nowego Yorku oraz Chicago. 

W serialu Netflixa widzimy też szaleństwo wywoływane pojawieniem się mistrzowskiej drużyny w każdym zakątku Stanów Zjednoczonych. Pod wszystkimi halami sportowymi w kraju toczyła się wojna o odkupienie biletu u konika, by choć ten jeden, jedyny raz spojrzeć z bliska jak Jego Powietrzność gra w koszykówkę. Rok później w rankingu publiczności gromadzonej na meczach wyjazdowych, Byki znajdują się na ostatniej - 29. pozycji. Na show w wykonaniu Barry'ego i spółki nie ma chętnych.

 

KOLEJNE LATA

Ostatni mecz tamtej kampanii miejscowe Chicago Tribune tytułowało: “Czas świętować: Byki kończą sezon”. Organizacja mimo żałosnych rezultatów chciała jednak pozytywnym okiem patrzeć w przyszłość. Przed kolejnym sezonem udało im się nawet wygrać draft i pozyskać Eltona Branda. Właściciel Chicago Bulls, Jerry Reinsdorf, w styczniu 1999 roku zapowiada nawet, że w ciągu dwóch lub trzech lat United Center znowu ugości starcie, przynajmniej finałów konferencji. W rzeczywistości dotarcie choćby tylko do pierwszej fazy playoffs zajmuje Bykom pięć kolejnych lat. W 2005 roku w kadrze próżno szukać jednak choćby jednego nazwiska, które było obecne na liście kadry, kiedy Reinsdorf tamto zdanie wypowiadał. Lepsza przyszłość nie nadeszła. Było tylko gorzej. Sezon 1999/2000 zakończyli z bilansem 17-65, zaś rok później 15-67.

Kukoc wraz z Harperem wyrywają się wreszcie z Wietrznego Miasta w styczniu dwutysięcznego roku, trener Floyd odchodzi w święta 2001, zaś dyrektor Krause, wizjoner "płynnej i bezbolesnej" przebudowy, rezygnuje w 2003. 

Nadzieje do United Center wróciły dopiero w 2008 roku. Wtedy właśnie Byki wybierają "jedynkę" draftu, Derricka Rose'a. Obiecane przez Reinsdorfa Finały Konferencji mają miejsce dopiero 12 lat po jego wypowiedzi, w sezonie 2010/2011. To już jednak inny rozdział w historii Chicago Bulls. 

Dodaj komentarz

Kod antyspamowy
Odśwież