Zaloguj

Zaloguj

dennis rodman

Ostatnio obserwujemy powrót popularności mistrzowskiej drużyny Chicago Bulls z końcówki lat dziewięćdziesiątych. Zawdzięczamy to emisji netflixowego serialu ‘Last dance’, który przypomina kulisy ostatniego mistrzostwa w karierze Michaela Jordana i, jak wszyscy wiemy, w historii Bulls. Nie dziwne jest, że sprawiło to, że znów jako kibice i społeczeństwo przypomnieliśmy sobie o graczach tej legendarnej drużyny. W moim przypadku najbardziej odżyło uczucie do Dennisa Rodmana. 

Wymieniany jako członek wielkiej trójki drugiego three peatu Byków odbiegał od klasycznego wzorca idola młodych ludzi. Dennis znany był ze swojego mocno hulaszczego trybu życia, sympatii do kontrowersyjnych outfitów czy wypowiedzi naruszających poprawność polityczną. Jednocześnie nikt tak jak on nie potrafił przewidzieć lotu piłki po nietrafionym rzucie i mając przeciętne (jak na standardy NBA) warunki fizyczne dominować w tym elemencie nad znacznie wyższymi od siebie.

 

 

Trzy lata, które spędziłem w Chicago, były chyba najlepszymi trzema latami w moim życiu. Myślę, że nigdy i nigdzie nie byłem przez wszystkich tak kochany jak w Chicago – przez mieszkańców i przez kolegów z drużyny: Michael Jordana, Scottiego Pippena i całą resztę […] Miasto mnie przygarnęło, mogłem być sobą i robić to, co chcę – rockandrollowy popis na parkiecie, rockandrollowy popis poza parkietem. Pozwalali mi być sobą […]

 

 

Na wstępie warto przypomnieć jego dokonania sportowe.
W całej karierze w NBA Rodman grał w pięciu drużynach:
- 7 sezonów spędził w Detroit Pistons.
- 3 mistrzowskie w Bulls.
- 2 w San Antonio Spurs.
- Po jednym sezonie zaliczył w Lakers (23 spotkania) i w Dallas Mavericks (12 meczów).

Statystyki Dennisa z trzech sezonów w Chicago to 5.2 punktu i 15.3 zbiórki (5.5 w ataku) i średnio 3 faule na mecz. Rozegrał z logiem byka na koszulce 199 spotkań, spędzając średnio po 34 minuty na parkiecie. Łącznie w swojej karierze zrobił 238 double double.

Na listach rekordów drużyny z Wietrznego miasta można znaleźć go w wielu miejscach:
- może pochwalić się najlepszym wynikem 421 ofensywnych zbiórek (sezon 1997-98) w pojedynczym sezonie. Drugi wynik też należy do niego. To 356 zbiórek pod koszem przeciwnika w sezonie 95/96.
- jego udziałem było najwięcej defensywnych zbiórek w historii klubu w trakcie jednego sezonu – 1997/98 – miał ich 780.
- Rzecz jasna w sezonie 97/98 – ustanowił też, zdaje się niedościgniony, rekord w ilości zbiórek – 1201, nikt nawet nie zbliżył się do rezultatu 1000 zbiórek w Chicago od ponad 20 lat.
- Procent zbieranych przez niego piłek w ataku, gdy był na parkiecie, także jest rekordem organizacji i wynosi 19.9 (95/96), dwa jego pozostałe wyniki 18.9% (96/97) i 16.8% (97/98) uzupełniają podium najlepszych rezultatów w historii Bulls w tej statystyce.

W całej lidze Rodman ustępuję tylko Chamberlainowi w ilości sezonów, gdy był najlepiej zbierającym w NBA. W jego wypadku zdarzyło się to siedem razy z rzędu (lata 91-98).

Za swoje statystyki doczekał się też kilku wyróżnień indywidualnych:
Dwukrotnie wziął udział w meczu gwiazd z 1990 i 1992.
Dwa razy został wybrany do trzeciej najlepszej piątki ligi zawodników NBA.
W latach 1990 i 1991 został wybrany najlepszych defensorem ligi.

Indywidualne statystyki to w jego wypadku tylko środek do drużynowych sukcesów.
Z dwoma drużynami Pistons (89-90) i Bulls (96-98) sięgnął po pięć mistrzowskich pierścieni.
A zespół Detroit Pistons zastrzegł należący do Rodmana numer 10.

Wspomnę jeszcze kilka ciekawostek statystycznych o Rodmanie.
Mając 36 lat i 341 dni był najstarszym w historii ligi leaderem w statystyce zbiórek w sezonie 1997/98.
Ma też najwyższą średnią zbiórek w karierze, której nie widziano w lidze od 1973 - kiedy jej specyfika była kompletnie inna - 13.11 rpg. Jako jedyny gracz od tego czasu zaliczył sezon z łączną liczbą 1500 zbiórek. W historii dokonało tego tylko pięciu graczy: Wilt Chamberlain, Bill Russell, Jerry Lucas i Bob Pettit.
W jego gablocie wyników znajduje się najlepszy indywidualny wynik w zbiórkach w meczu – 25 - w wykonaniu gracza rezerwowego (1995). Miał też podobny rekord w zbiórkach ofensywnych z ławki – 14, który jednak w 2014 został pobity przez JJ Hicksona.
Udało mu się też zebrać 11 zbiórek w ataku w finałach NBA – jako jedyny powtórzył ten wynik – zrobił to w 1996 w mistrzowskiej serii przeciwko Seattle SuperSonics.
To wszystko dało mu miejsce w Hall of Fame, do której dołączył w 2011.

 

 

   Sam jako amatorski zawodnik nigdy nie byłem specjalistą od rzucania do kosza. W moim odczuciu niektórzy rodzą się z talentami do tego, inni mimo ciężkich wysiłków pewnego poziomu nie przeskoczą. Poza tym jest to element, w którym nawet najlepszym ciężko jest utrzymywać stabilizację i każdemu zdarza się mecz, gdy ‘nie wpada’. Koszykówka (na szczęście) nie jest jednak tak jednostronną grą, że bez talentu strzeleckiego, nie ma co w niej szukać. Na całokształt koszykarskiej rozgrywki składa się wiele elementów: podania, gra obronna, zbiórki, przechwyty i setka innych mniejszych składników, którymi najwybitniejsi gracze rekompensują niedostatki w rzucaniu.
Patronem takich graczy jest właśnie Dennis Rodman. To on zauważając, że nigdy nie wyróżni się w lidze swoim poziomem gry ofensywnej i nie będzie to jego najlepszą stroną, potrafił osiągnąć doskonałość w innych elementach, w których taką szansę miał. Mając zaledwie 201 centymetrów wzrostu, zdominował walkę o piłkę pod tablicami. Siedmiokrotnie był najlepiej zbierającym graczem w całej NBA. Zbierał 17.2% piłek w ataku, co jest najlepszym wynikiem w historii ligi. Łącznie 23.4% zebranych podczas jego obecności na parkiecie piłek, wpadało w jego ręce. Daje mu to drugi wynik w tabeli wszechczasów i jedynie Andre Drummond, aktywny zawodnik Cleveland Cavaliers, przegonił jego osiągnięcie.
Nie ma tutaj jednak ani grama przypadku, Dennis sam na to zapracował. Godzinami analizował rzuty najlepszych zawodników ligi, tyrał na siłowni i doskonalił swój instynkt do ustawiania się w tym miejscu, w którym zaraz spadnie piłka.

 

  Powszechne odejmowanie umiejętności strzeleckich Rodmanowi też nie jest do końca zgodne z prawdą, bo grając w college, notował średnio 26 punktów co spotkanie, co każe sądzić, że byłby w stanie mieć też wyższe średnie punktowe w NBA. Tutaj wchodzimy jednak w kolejny aspekt unikalności Dennisa Rodmana – poświęcenie dla dobra zespołu. Rodman był tym, czego jego drużyna potrzebowała. W przypadku drugiej dynastii Bulls: gwarantem możliwości ponowienia akcji i solidnego wsparcia w obronie. To okraszone potworną walecznością i charakternością sprawiło, że idealnie wkomponował się w wielkie trio Bulls. Nie zabierał piłki z rąk Michaela ani Scottiego, a potrafił im ją dostarczyć, gdy ci akurat nie trafili do kosza. Ponadto brał na siebie obronę najsilniejszych rywali, co rusz szukając ich słabych punktów i próbując wyprowadzić z równowagi.

Na parkiecie z Michaelem jesteśmy całkiem spokojni i potrafimy się dogadać. Ale jeśli chodzi o nasze życie, to myślę, że idziemy w całkiem przeciwnych kierunkach. On zmierza ku północy, a ja idę na południe. Scottie stoi pośrodku tego wszystkiego, jest swego rodzaju równikiem

Kilka drużyn, teoretycznie napakowanych All-Starami nie było w stanie osiągnąć nawet godnych wspomnienia rezultatów, właśnie przez to, że zawodnicy nie umieli poskromić swoich ego i działać dla wspólnego dobra. Dennis doskonale rozumiał, że nie ma I (ja) w słowie TEAM (drużyna). Jednak jak wszyscy gracze NBA potrzebował w jakiś sposób karmić swoje ambicje i czuć się w czymś najlepszym.
[The Worm -  nie wiem na ile jest prawdziwa znana mi geneza tej ksywy: podobno Dennis w dzieciństwie wił się niczym robak podczas grania na automatach i stąd został tak nazwany.]
Robak postanowił okrasić swoją ekstrawagancję mistrzostwem w zbieraniu piłek. Czytając jego biografię łatwo zauważyć, że zdobyte punkty to był tylko efekt uboczny jego przebywania na parkiecie. Chwaląc się swoim performancem, Rodman zaczynał zdania „w tym spotkaniu miałem XX zbiórek i YY bloków”. I poprzez te liczby budował poczucie własnej wartości w świecie NBA.
Maksymalizacja mocnych stron wywindowała go na szczyty list NBA w tej kategorii i do dzisiaj jego wyniki (jak wspomniałem wcześniej) plasują go w czołówce najlepszych w historii ligi.

Abstrahując całkowicie od boiskowych poczynań, poza parkietem Rodman też był ewenementem. W latach 90’ równie interesujące dla opinii publicznej, co jego gra było to, co zawodnik wyprawiał przed kamerami plotkarskich magazynów. Przebieranki, romanse, imprezy to chleb powszedni Dennisa. Jak sam podkreśla, do stanów mniejszej świadomości doprowadzał się zawsze tylko za pomocą alkoholu, będąc przeciwnikiem narkotyków. Jak głoszą legendy, nocne libacje nie przeszkadzały mu w intensywnych treningach i harowaniu na siłowni. Dobrym przykładem tego, jak scena z "48 godzinnym” urlopem, jaki wziął sobie od gry w trakcie sezonu 97/98 i kulisy, którego zostały przedstawione w serialu ‘Last dance’.
Robak po prostu musiał zresetować umysł i ciało, by potem być w stanie grać i trenować na swoim poziomie. 

 

espn rodman 600

 

Zmierzam tutaj to pewnej tezy. Mianowicie Dennis ma specyficzny charakter, stosunek do życia i do sportu, ale jest w tym 100% autentyczny. Nie jest w tych aspektach, w żadnym razie, wzorem dla młodzieży, ale ma pewną cechą, którą warto naśladować.
Większość graczy NBA buduje pewien wizerunek. Niektórzy nie pamiętają, ale długo za wzór cnót uważany by Kevin Durant, młodzież identyfikowała się też z moralnością Derricka Rose’a, który poślubił koleżankę z liceum, koszykarkę i co rusz odwoływał się do tradycji rodzinnych. Obaj poprzez różne błędne PR-owe posunięcia stracili swój image i teraz trochę inaczej budują swój wizerunek. Podobnie było z Michaelem Jordanem, którego nieskazitelny obraz podkopał Sam Smith ze swoimi szpiegami z szatni, gdzie w swojej książce (The Jordan Rules) przedstawił wizję MJ-a jak buca i egoisty.

 

W życiorysie Dennisa znajdziemy historię, o tym jak przez sześć miesięcy był bezdomny. Sypiał w ogródku u kolegów, czasem w ich mieszkaniach, częściej na ulicy czy w parku po tym, jak matka wyrzuciła go z domu. W wieku 19 lat pracował nawet jako woźny na lotnisku Dallas-Fortworth Airport.
Jak i o tym, że sam nie wie, ile ma rodzeństwa, gdy jego ojciec przyznaje się do spłodzenia 29 dzieci. Jednocześnie sam koszykarz przyznał się do spania z ponad dwoma tysiącami kobiet, twierdząc, że 500 spośród nich nie było prostytutkami.
Z kariery po NBA wielu kojarzy wypowiedź pijanego Rodman, który stwierdził, że skoro Obama i przywódca Korei Kim Dzong Un (u którego przebywał kilka razy prywatnie) lubią koszykówkę, to powinni dojść do porozumienia telefonicznie. Z drugiej strony apelował do Kima o uwolnienie amerykańskiego więźnia Kennetha Bae. Ostatecznie skutecznie, bo rodak koszykarza został zwolniony wcześniej z 15-letniego wyroku ciężkich robót w więzieniu.

 

Rodman nigdy nie dbał o swój PR albo przynajmniej nie kreował go pod publiczkę. Jesteśmy w Internecie w stanie znaleźć jego zarówno szalone wizerunki przynoszące mu rozgłos, jak i szczere emocjonalne wyznania na temat tego, co w życiu ważne. Podobnie czyta się jego biograficzną książkę. Znajdziemy tam zarówno mocno intymne wyznanie, dlaczego rozpadł się jego związek z Carmen Electrą, a także filozoficzne wywody nad życiem w świetle jupiterów, jak i poza nim. Jest też makabrycznie szczery w opisie siebie i osób z otoczenia. Bo taki był, nadal jest i pewnie będzie Rodman.

R 9100465 1474778770 1076.bmp

Autentyczność w świecie show-biznesu to niemal oksymoron dzisiaj i podobnie było w latach dziewięćdziesiątych. Rodman jest autentyczny, nikogo nie udaje i oddaje się temu, co robi w 100%, w jego przypadku niezależnie czy jest to mecz NBA, czy spożywanie alkoholu.
To właśnie te cechy sprawiają, że nie boję się napisać, że jego postawa jest godna naśladowania. I od razu zaznaczam, że nie chodzi o to, że jego imprezowy styl życia i brak pohamowania w przyjemnościach, którego nie powstydziliby się uczestnicy Warsaw Shore, jest takowy. A o autentyczność. O to, że warto nie wstydzić się tego, kim się jest i żyć po swojemu. Bo jeśli nie masz do czegoś predyspozycji, to braki można zawsze nadrobić zaangażowaniem i walecznością, a do tego samego miejsca można dojść różnymi drogami. W przypadku Rodmana – własnymi.

Uważam taką szczerość za godną naśladowania i warto pokazywać młodym ludziom także tę twarz zawodnika Bulls z numerem 91. Jego przykład udowadnia, że bycie sobą popłaca i dzisiaj rozmawiamy o członku Hall of Fame ligi NBA. Raczej mało jest osób aż tak ekstrawaganckich i kontrowersyjnych jak on i też nie tego powinniśmy uczyć się od tego zawodnika. Każdy z nas ma jednak swoją osobowość i charakter i warto nie udawać kogoś, kim się nie jest, lecz umieć w prawdzie pokazać się innym ludziom, świadomi zarówno swoich zalet, jak i wad. Dzisiaj tak dziwna osoba, jak Rodman doświadcza powszechnej akceptacji, więc czemu i my na to nie zasługujemy.
Dlatego nie boję się sparafrazować słynnego sloganu z reklamy Gatorage z Michaelm Jordanem i zaśpiewać ‘I wanna be like Dennis’.

 

Zachęcam też do zapoznania się z jego biografią „Powinienem być już martwy” spisaną przez Jacka Isenhoura. Jest to kopalnia cytatów i doskonała podstawa to zrozumienia rysu charakteru Rodmana. A jednym z trafnych podsumować całego mojego wywodu jest ta wypowiedź:

Moje fryzury i tatuaże wkurzały wierchuszkę NBA, ale stanowiły też pierwszy krok do przeniesienia Dennisa Rodmana ze świata profesjonalnej koszykówki do masowej świadomości Amerykanów. Nie, żeby mi na tym zależało. Nie szukałem sławy. Chciałem tylko być "Dennisem"

I rada od naszego bohatera dla młodych:


Jeśli chcesz być miłym kolesiem i brać udział w akcjach społecznych to rób to. Jednak nie po to, żeby ludzie Cię lubili. […] Nie mają prawa ci mówić, kim masz kurwa być.

I rada dla młodych koszykarzy NBA:


Poczujcie to! Powąchajcie to! Spróbujcie tego! Cieszcie się każdym kęsem. Bo to kurewstwo trwa tyle, co mgnienie oka. Jebane mgnienie oka.

 

Dodaj komentarz

Kod antyspamowy
Odśwież