Zaloguj

Zaloguj

Wyjazd do United Center

Postanowiliśmy z Marcinem zrobić osobne relacje z wycieczki do Chicago, żeby pokazać nasze indywidualne punkty widzenia i odczucia.

Jak wspomniał Marcin, mecz Chicago Bulls nie był naszą pierwszą wizytą w United Center. Dzień wcześniej skorzystaliśmy bowiem z okazji i udaliśmy się na mecz Blackhawks w lidze NHL. Pierwsze wejście do wnętrza hali to wrażenie, które pozostanie w sercu na zawsze. Fakt dotarcia do miejsca, w którym marzyło się być, jest wręcz nierealnym odczuciem i takie poczucie odrealnienia towarzyszyło mi niemal przez całą wycieczkę po hali Byków.

Oprawa meczu, efekty świetlne czy cały doping były niesamowite, ale nie ma co ukrywać, że nie to było celem przyjazdu i mimo wszystko po emocjach z hokeja, wciąż w sercu panował niedosyt i oczekiwanie na realizację największego marzenia - wizyty na meczu ukochanych Chicago Bulls.

Po objeździe po widokowych miejscach Chicago, kolejnego dnia, przyszedł czas na drugą wizytę w United Center. Obowiązkowa fotka przy pomniku największego z koszykarzy, kilkadziesiąt minut spędzonych w obrandowanych logiem byka sklepach udało się nam zaliczyć jeszcze przed wycieczką po niedostępnych dla szarego kibica zakamarkach hali.

photo 2

 

O ustalonej godzinie spotkaliśmy się z Kamilem, pracownikiem Bulls polskiego pochodzenia, który zabrał nas na ekskluzywną wycieczkę. Wyposażeni w identyfikatory z dumnie prezentującym się napisem VIP opuściliśmy na chwilę UC, by udać się do pobliskiego Advocate Center. Fanom Bulls myślę, że nie trzeba przedstawiać tego miejsca, jednak dla kronikarskiej poprawności przypomnę tylko, że jest to ośrodek treningowy zawodników Bulls, w którym przeprowadzane są wszystkie treningi i rzeczy związane z meczami, gdy drużyna nie jest akurat na wyjeździe.



Sympatyczny i trochę znudzony pan ochroniarz wpuścił nas do obiektu, a my weszliśmy w otoczenie, które stanowi codzienności dla Markkanena i spółki. Ciężko wymienić wszystkie obrazy, informacje i widoki, jakie ujrzeliśmy, ale wspomnę kilka, które zapadły mi w pamięć najbardziej. Ściana z nazwiskami wszystkich graczy Chicago od 1966 roku, sala konferencyjna, w której zawodnicy otrzymują informacje o rywalach. Kuchnia, gdzie między innymi Felicio spożywa swoje ściśle określone posiłki. W NBA zawodnik jest produktem i z opowiadań Kamila wynika, że sztab ludzi pracuje nad tym, żeby określić każdemu plan dnia niemal co do godziny. Zawodnicy mają nie tylko wyznaczone posiłki z oszacowanym zapotrzebowanie na makroskładniki, plan treningowy na siłowni, ale także zapotrzebowanie na sen i wyznaczone zabiegi odnowy biologicznej. Zabiegom mają również okazję poddawać się podczas czasu spędzonego w Advocate Center. Znajduje się tam bowiem specjalna kuchnia i baseny przystosowane do takich celów. Jako stały bywalec siłowni ciekaw byłem tej dostępnej dla zawodników Bulls. Tutaj powiem, że jak wszędzie zadbano o każdy detal. Nowoczesny, doskonale utrzymany sprzęt zlokalizowany jest tuż obok treningowego parkietu. Każde stanowisko opatrzone jest logiem klubu, wszystko w przestronnym miejscu z olbrzymimi oknami. Na hali każdy miał okazję oddać rzut wolny. Ja swój trafiłem :p

Kolejnym punktem wycieczki były biura zlokalizowane już w samym UC. Tam mieliśmy okazję przejść się korytarzami, w których działają ludzie pracujący w organizacji. Widzieliśmy m.in. biuro Scottiego Pippena. Mieliśmy okazję zobaczyć wiele ciekaw pomysłów na ozdabianie ścian. Moim ulubionym, jest ściana ze szkicem parkietu i zaznaczonymi rocznikami (96, 97 itp.) miejscami skąd oddawane były ostatnie rzuty w mistrzowskich sezonach. Wrażenie robiła też tapeta z kawałkiem parkietu z Chicago Stadium. Było tego mnóstwo - widać, że organizacja dba o każdy detal i przywiązanie do loga i historii największych sukcesów jest silne. Myślę, że to jedna z głównych przyczyn niegasnącej popularności marki Bulls w świecie.

photo 3

 

Po obejrzeniu jak na co dzień pracują w organizacji, udaliśmy się, legitymując się identyfikatorami VIP to podziemi hali, a mianowicie do korytarza obok szatni. Przeszliśmy wzdłuż niego, mijając szatnie zawodników, ekip entertainmentu. Próbowaliśmy się też dowiedzieć coś więc o osobie, która obecnie wciela się w Bennego, ale okazuje się, że w Bulls ukrywają jego tożsamość. Czyżby był to ktoś znany?

Po chwili przechadzki tunelem ujrzeliśmy światło w tunelu, zwiastujące bliskość parkietu. Na płytę główną dostaliśmy się tym samym wyjściem, którym wbiegają zawodnicy. Miny dzieciaków czekających tam na swoich idoli i zawiedzionych naszym nadejściem - bezcenne.

photo 5

 

Jest taka scena w filmie Gladiator, kiedy tytułowy bohater wychodzi na arenę, by stoczyć walkę w wielkim koloseum. Wychodząc z tunelu czułem się jak czuł się bohater grany przez Russella Crowe’a w tym filmie. Byłem w miejscu, gdzie niegdyś co mecz wybiegał Michael Jordan, w mojej osobistej mekce koszykówki, w miejscu, gdzie marzenie stało się jawą. Mieliśmy okazję przejść po parkiecie, stać zaledwie kilka metrów od graczy NBA i stanąć w końcu na samym środku parkietu, by zrobić sobie pamiątkową fotkę.

Wracając tym samym tunelem, jeszcze minęliśmy wychodzącego na rozgrzewkę Joela Embida, niestety obiecaliśmy nie wchodzić w interakcję z zawodnikami podczas obchodu wokół szatni, więc tylko wymieniliśmy z nim groźne spojrzenia. Pełni wrażeń i przeżyć, których nie potrafię przelać na papier, dostaliśmy się na swoje miejsce na trybunach. W tzw. międzyczasie nowy kumpel Marcina - Scott, dziennikarz spotkał nas po raz kolejny i dał nam przygotowane dla komentatorów materiały przedmeczowe, w których następnego dnia spędziłem dobre kilkadziesiąt minut zachwycając się cyferkami i ciekawymi analizami, jak np. to którzy zawodnicy znają się sprzed czasów gry w NBA.

Czołówka Chicago Bulls wysłuchana i zobaczona w United Center to kolejna rzecz, która zostanie na zawsze w mojej pamięci. Sam mecz był rozgrywany na spokojnie, drużyny znały swoje miejsca w tabeli i po wyrównanej pierwszej kwarcie, później nie było wiele okazji do zachwytów. Niemniej jednak uczestniczenie w tym wydarzeniu, pełna hala skandująca 'defense' to coś niesamowitego. Dało się odczuć konsumpcyjny styl życia Amerykanów, bo największe ożywienie spowodował wyścigi Dunkin Donut’s Race po trzeciej kwarcie, oraz moment, kiedy publice został obiecany darmowy hot dog, gdy gracz Sixers nie trafi dwóch pod rząd - dzięki Tobias.

Nie zmienia to faktu, że przeżycie meczu i obserwowanie całego parkietu w United Center to doznanie nie do podrobienia. Zobaczenie tego, jak bardzo gracze NBA przerastają zwykłych śmiertelników, jak wielki potencjał mają nawet ci teoretycznie najsłabsi to kolejna nowa rzecz wywieziona z United Center.

To nie były wszystkie emocje tej nocy, bo jeszcze w trakcie spotkania Marcin tweetował z Justinem Romanem pełniącym funkcję nazywaną ‘host’ podczas meczów Byków. Innymi słowy, biega z mikrofonem i dba o to, by show trwał. Justin nie tylko rzucił w naszą stronę koszulki rozdawane podczas spotkań, ale i podszedł, aby zrobić z nami handshake’a i przywitać w Ameryce.

photo 4

Po spotkaniu po raz kolejny mogliśmy liczyć na Kamila. Mimo że nasze wejściówki VIP (z którymi nie rozstawaliśmy się przez cały wieczór) ważne były tylko przed meczem, Kamil przyszedł do nas i zaprowadził nas ponownie na środek United Center. Tam był Stacey King. Uścisk dłoni, pamiątkowe zdjęcia i trochę small talku z trzykrotnym mistrzem NBA to nie jest coś, co zdarza się codziennie.

photo 6

Entuzjazm, jaki towarzyszył mi podczas tej wycieczki, uwalniam wciąż przy każdej okazji, gdy tylko wspomnę jakieś zdjęcie czy filmik z tego dnia. Fakt, że inicjatywa kilku fanatyków z odległego o tysiące kilometrów kraju dotarła aż do Chicago, jest zdecydowanie czymś niezwykłym. Ludzie, których poznałem podczas tego wyjazdu, byli niesamowici. Wielkie dzięki dla Maku, który bezinteresownie przenocował trzech obcych mężczyzn. Wielkie dzięki dla człowieka orkiestry - Marcina Danych, który woził obcych gości po Chicago, pokazując uroki tego miasta i zarażając pogodą ducha. Koniecznie obczajcie jego projekt: https://www.facebook.com/ARENYNBATOUR/. Mega dzięki dla DJ Gambita, który był weteranem podróży do USA dla mnie i Marcina i tryskał dobrym humorem i energią. No i będą do śmierci wdzięczny Marcinowi Więckowskiemu, którego zapał i pasja doprowadziły do tej wycieczki (na którą rzecz jasna nie musiał mnie długo namawiać) i spełnienia marzeń.

Dzisiaj już wiem, że nie ma rzeczy niemożliwych, tylko czasem boimy się nie stać w miejscu.

Dodaj komentarz

Kod antyspamowy
Odśwież