Zaloguj

Zaloguj

byczoptymizm logo 1b

 

Witajcie. Niezmiernie miło mi spotkać się z wami w tym ekskluzywnym i wyjątkowym wydaniu Byczoptymizmu. Po poprzednim, nie mniej wyjątkowym przyszedł dziś czas na równie wyjątkowy. Jak z pewnością zauważyliście dziś pojawił sie oprócz nazwy i kolejnego numeru również nagłówek „zlot fanów”. Byście nie zeszli na zawał lub nie popadli w depresję informuję, że nie, nie przegapiliście zlotu fanów Byczoptymizmu. A teraz uspokójcie wasze oszalałe ze strachu serca, weźcie kilka głębokich wdechów i poczekajcie aż adrenalina opadnie. Zlot fanów Byczoptymizmu to niewątpliwie zacny pomysł niemniej napotyka on jak na razie problemy natury logistycznej. Pomyślcie sami, zakładając, że tylko około połowa z was, fanów Byczoptymizmu weźmie w nim udział to i tak spotkanie takie musieli byśmy robić w jakiejś większej hali widowiskowo – sportowej a zapewne i tak część z was musiała by stać na dworze. Zatem z przykrością informuję, że zlot taki w najbliższym czasie odbyć sie nie może. No ale ale, my tu gadu gadu a chłop śliwki rwie. Wracając zatem do brzegu wspomnę, że mam na myśli największy zlot fanów zespołu NBA w naszym kraju. 2 Ogólnopolski Zlot Fanów Chicago Bulls, który odbył sie w miniony weekend. Niemniej zanim o nim to zwyczajowych słów kilka o wydarzeniach minionych, które zadziały się między dziesiątym a jedenastym numerem felietonu, wspomnieć muszę...

Jedno spostrzeżenie z meczu z Toronto, o którym każdy optymista wspomnieć musi. Gra Byków była tak porywająca, że pozwalała na to, by w drugim oknie odpalić sobie olimpiadę i śledzić te zmagania na żywo.

Za nami też kolejny all star weekend. A skoro o tym mowa to za nami też kolejny Skills Challange. Uwielbiam śledzić te zmagania ( zazwyczaj z odtworzenia ale jednak). Dają one tyle radości i z wiarą pozwalają patrzeć na sens istnienia tej ligi. Przyznacie przecież sami, że serce rośnie gdy widzimy jak ludzie, którzy od dziecka klepią kawałkiem gumowej sfery o parkiet, którzy większość swojego życia spędzili oddając rzuty do kosza i podając tę sferę do partnerów pokazują całemu światu, że oni jednak kozłować, podawać i rzucać potrafią. Mam nadzieję, że i was rodacy przyprawia to o ciary na rękach i uśmiech na twarzy. Panie Silver, nie wątpię, że czytasz pan ten felieton – ja bym formułę tej konkurencji jeszcze rozszerzył. Zamiast startować z ręką na piłce niech chłopaki startują z ręką na butach. Niech zaczynają od zawiązania rozwiązanych sznurówek i pokażą światu, że buty też wiązać potrafią. Wtedy to konkurs będzie kompletny.

I tak oto moi drodzy przechodzimy do tego czym w ostatni weekend żył cały świat. Do naszego spotkania w Warszawie. A że jest to numer specjalny to odejdę w nim trochę od utartego schematu i popłynę troszkę w prywatną kapeluszową relację ze zlotu.

Troszeczkę kilometrów do pokonania mam wiec postanowiłem wyprawić sie w drogę już w piątek. I o ile do Poznania w pociągu było luźno, o tyle w tym właśnie mieście pojazd ten szynowy przeżył prawdziwe oblężenie. Ucieszyłem się niezmiernie cisnąć sie w przywąskim przedziale, no bo jak się nie cieszyć skoro tyle osób jedzie na zlot. No bo gdzież by indziej mogli w piątkowe południe jechać pociągiem, który po torze na wprost by zdążyć na zlot?

Na sale dotarłem troszkę wcześniej jako, że panujący w Wawie mróz skutecznie tłumił moje turystyczne zapędy. Wiedziałem jednak, że mimo tak wczesnego przybycia ktoś już tam będzie i nie pomyliłem się. Od razu zaczęliśmy rozmawiać... Stare Kapeluszowe przysłowie mówi: „ Uważaj z kim zaczynasz rozmawiać bo potem możesz mieć problemy by przestać” Z małymi przerwami rozmawialiśmy już do rana. W szatni poznałem Matta i Riskera – chłopaki, naprawdę rewelacyjnie było was spotkać inaczej niż jako nicki wyświetlające sie na czacie. Gdy już minęły ich ochy i achy nad pięknem naszych meczowych koszulek udaliśmy sie na salę celem rozgrzania nierozgrzanych mięśni. Hala zaczęła wypełniać się w tempie niesamowitym i już po chwili rozgrzewało się ponad czterdziestu zawodników dopingowanych przez niemałą grupkę kibiców. Troszkę adrenaliny zapewnił nam na starcie towarzysz Spoon niemniej zjawił się tylko lekko spóźniony. Niesamowite uczucie spotkać kogoś, z kim od kilku juz lat spędzasz kilkadziesiąt nocy w roku a kogo nigdy nie spotkałeś. Padliśmy zatem sobie w ramiona zastanawiając się przy tym od ilu lat się znamy. I tutaj mały test na to, jak uważnie towarzysz Admin czyta Byczoptymizm. Zatem Adminie, kiedy autor niniejszy zarejestrował się był na tej stronie? Razem ze Spoonem dotarł na salę Kamil i Team Czat był już w komplecie.

czat team

Wiem, że czytelnicy Byczoptymizmu drżą już z niecierpliwości. Kiedyż to kiedyż on napisze coś o tej niesamowitej drużynie. Wychodząc na przeciw waszym oczekiwaniom przechodzę do rzeczy. Pierwszy nasz mecz zapewnił nam i kibicom sporo emocji. Nie wiedząc co kto z nas potrafi i jak kto z nas gra poszliśmy na żywioł. Mecz był niesamowicie zacięty, szliśmy z przeciwnikiem punkt za punkt by na 15 sekund przed końcem meczu piłka trafiła w ręce skromnego skąd inąd autora tych słów. Ten patrząc na zegar przetrzymał ją jeszcze trochę i na pięć sekund przed końcem meczu wspaniałym jump shootem zapewnił swej drużynie zwycięstwo. Akcja ta zapewne niejednokrotnie pokazywana już była w telewizji więc myślę, że wszyscy już mieliście okazję by ją oklaskiwać. Nie posiadam co prawda telewizora ale sądzę, że właśnie do oglądania takich akcji to ustrojstwo służy. Po tak emocjonującym zwycięstwie nie mogliśmy zrobić nic innego jak tylko usiąść i przedyskutować nasze dalsze kroki. Narada nie była burzliwa ani tym bardziej emocjonująca. Wszyscy z ogromnym, ćwiczonym latami, a średnia wieku naszego teamu była z pewnością najwyższą średnią na zlocie, spokojem wysłuchaliśmy propozycji Matta, który ustawił nam dalszą grę. Porażka zatem, która pojawiła się dopiero w ćwierćfinale była dla nas jak czołg, który wyjeżdża z nienacka. A uczył Skipper w jednym z ważnych odcinków tego dokumentującego życie ptaków nielotów serialu by spodziewać się niespodziewanego. My jednak polegliśmy, niemniej jak polegać to z ręki przyjaciół. Tak też się stało i gratulacje dla drużyny redakcji. W dalszej części turnieju mieliśmy wszystko, twardą walkę, mecz z dwoma dogrywkami, mnóstwo emocji i zwycięzcę turnieju. Brawa dla wszystkich biorących udział, brawa za fantastyczną zabawę. Pamiętajmy, że o zabawę i integrację chodzi tu przede wszystkim. Grało się tak dobrze, że nie starczyło czasu na wszystkie zaplanowane konkursy, niemniej to co zrobił Spoon było niesamowite. Udało mi się przeprowadzić z nim krótki wywiad, choć on pewnie nawet nie wie, że takowego udzielił, niemniej nie powstrzyma mnie to przed przedłożeniem go wam drodzy czytelnicy. Zatem łapcie ten ekskluzywny, prawie ciepły wywiad i cieszcie się nim tak, jak byście to sami wy mieli okazję takowy przeprowadzić.

- jak to zrobiłeś?

- Stanąłem na środku i tak sobie rzuciłem by zobaczyć czy w ogóle jestem w stanie dorzucić.

Sami widzicie, że zaiste niesamowita to taktyka, jakiż geniusz strategii. Gratulacje.

Następnie udałem się w podróż do pubu po drodze odbywając wspomnianej wcześniej konwersacji ciąg dalszy. Bo gdzie jak nie na zlocie Byków spotkać możesz bratnią ci duszę?

W pubie wiadomo było, że trafimy na końcówkę meczu piłki kopanej. No cóż Kapeluszu, musisz poszerzać horyzonty więc w ramach samorozwoju, no ewentualnie samo umęczenia, troszkę tego widowiska zobaczysz. Siedliśmy przy stoliku pod samym ekranem, co by lepiej widzieć to emocjonujące coś. I muszę tutaj szczerze wyznać, że chwilę przed tym, jak przyżeglował do nas Spoon chwaląc się, że wie już która drużyna to Legia sami na to wpadliśmy domyślając sie, że jęk zawodu zgromadzonych w pubie kibiców nie dotyczy raczej niecelnego strzału piłkarzy kopanych z Krakowa. Po zakończeniu meczu, który notabene zakończył się niezwykle pasjonującym i wiele o tym sporcie mówiącym wynikiem zero do zera lokal w posiadanie przejęliśmy my – fani koszykówki. I powiem wam szczerze, że rozglądając się wokoło czuło się atmosferę wielkiego święta. Niesamowite było też obejrzeć znów pojedynek Jordana z Barkleyem. Ciary na całym ciele. I nie było to tylko moje odczucie. Ubyło nam wtedy lat i kibicowalismy zaciekle, mimo, że widzieliśmy ten mecz już tyle razy.

Zlot płynął w najlepsze kiedy do naszego stolika zawitała miła pani, która obiecywała, że niebawem dostaniemy przepyszne jedzenie i wiecie co? Nie pomyliła się. Brylu, fantastyczny pomysł z tą Kurą. Czas meczu z TimberBulls zbliżał się nieubłaganie a lokal niestety coraz bardziej pustoszał. Lecz zanim do tego dojdę chciałbym opowiedzieć wam o czymś, czego widzieć nie mogliście a co napawa mnie optymizmem gdy pomyślę o dzisiejszej młodzieży. I tutaj mały dowód na to, że nawet ból głowy może okazać sie naprawdę pomocny. Bo gdyby nie on nie było by moim udziałem to co moim udziałem było. Około drugiej stwierdziłem, że szkoda się męczyć. Wywiedziałem się zatem, że niedaleko egzystuje całodobowa apteka. Z tego miejsca chciałem pozdrowić obudzoną niecnie panią aptekarkę, której mina, gdy na jej nieartykułowane warknięcie przez okienko powiedziałem: „Ibuprom max poproszę” zajmie zaszczytne miejsce w kapeluszowej galerii min zobaczonych. Ale o czym to ja, a tak. Idąc do tej pobliskiej apteki spotkał mnie widok zaiste optymistyczny i dający kłam wszelkim narzekaniom, jakoby to dzisiejsza młodzież nic nie robi tylko ćpa lub pije. W pewnym momencie usłyszałem, że ktoś za mną biegnie. Odwróciłem się powoli i oczom moim ukazał się niecodzienny widok. Widok młodego, bo około dwudziestoletniego lekkoatlety. Tak zaangażowanego w uprawianie swojego ukochanego sportu, że nawet minus piętnaście stopni i druga w nocy mu nie przeszkadza, by z rozszerzonymi oczami, w dość dziwnym stroju do biegania ( ja tam się pewnie nie znam, ale skoro w stolicy biega się teraz w kurtce i jeansach to pewnie cały kraj niebawem tak będzie robił), oddawać się treningowi sprinterskiemu. Mijając mnie wyładował trochę tę nagromadzoną w sobie sportową złość krzycząc „kuuuurrrrrr.......aaaaaa!!!!” Pokrzepiony myślą, że kraj nasz nie zginie mając taką młodzież wróciłem do pubu, gdzie niebawem miał się zacząć tak długo wyczekiwany przez nas mecz. Naliczyłem, że około trzeciej nad ranem było nas jeszcze ponad trzydzieści osób. Fantastyczny wynik. Niesamowite było przenieść czat meczowy do reala. Niesamowite werbalnie wyrażać to, co zazwyczaj wyrażamy klikając w klawisze komputerów. Spoon, Admin, Brylu, Risker, Paulina, Kamil i wszyscy których pominąłem – dziękuję. Z tego miejsca chciałbym podziękować również jednej osobie, bez której oglądanie tego meczu mogło by okazać się niemożliwe. Nie wiem jak masz na imię, ale twoje oddanie w walce o to, by uniemożliwić internetowi ucieczkę zyskało dozgonną kapeluszową wdzięczność. Zatem – Strażniku Internetu ( jak zostałeś na zlocie ochrzczony) – dziękuję.

Tak na marginesie, czy i was ubawiły stroje w jakich pojawiła się drużyna Wilków? Jeśli liga pójdzie w tę stronę to w trosce o oczy trzeba będzie sie przestawić na oglądanie tego widowiska w czarnobieli.

Po zakończeniu meczu przyszedł czas na wylewne pożegnania. Niesamowite, jak to wszystko szybko zleciało, no ale w TAKIM towarzystwie czas musi popierdzielać jak Nwaba gdy wyczuje, że ma szanse złapać piłkę. Udałem się więc na jeszcze jeden tej długiej doby spacer w stronę dworca by o siódmej zero pięć złożyć głowę na tym kolejowym, prawie wygodnym zagłówku i po dwudziestu pięciu godzinach od ostatniego snu zapaść w objęcia morfeusza.

A jeśli chcecie za rok tak jak ja cieszyć się z tego, że zobaczycie ludzi, z którymi prowadzicie niezapomniane nocne rozmowy zapraszam was wszystkich na czat meczowy. A tam...

dostał misję, żeby Chicago dostali jak najwyższy pick i teraz brawo Niko”

„Zipser robi sobie fryz na Lopeza”

Dziś tylko tyle a może aż tyle. Po więcej zapraszam na czat lub do kolejnego Byczoptymizmu, który z pewnością juz niebawem.

 

 

 

Dodaj komentarz

Kod antyspamowy
Odśwież